Bez odniesień
Przekartkowała mój rękopis, bardziej machinalnie, niż z uwagą i odsunęła go od siebie jak rzecz nieco wstrętną. Na imię miała Małgorzata, ale nie miało to znaczenia, mimo skojarzeń. - Nie jesteś nawet dobrym wyrobnikiem – stwierdziła zgryźliwie i z wyraźną niechęcią, chociaż czule pogładziła snop różnokolorowych kwiatów leżących przed nią w miejscu, na którym przed chwilą leżał rękopis powieści mojego życia. Pierwszej i ostatniej, którą napisałem i napiszę. Jedynej i niepowtarzalnej. Mimo swojej bezwartości. Snop kwiatów był ode mnie. Również, mimo skojarzeń i pewnych podobieństw, służący bardziej jako tło, niż jako cokolwiek innego. To, że pieściła nim swoje palce nie miało odniesień. Żadnych i do niczego. Było odniesieniem samo w sobie, ale bez znaczeń i konsekwencji. - Niepotrzebnie zmarnowałeś tyle czasu, ślęcząc nad tym… Lekceważąco uniosła kilka złączonych kartek rękopisu i odsunęła jeszcze dalej od siebie, jakby wstrętność jego wzrosła przez kilka ostatnich chwil, które poświęciła na pieszczotę kwiatów. Popatrzyła na mnie z jakimś smutnym zniechęceniem. - Mogłeś zrobić wiele dobrego, a ty… Z nieoczekiwaną złością uderzyła z góry w rękopis. Uspokoiła się i poprosiła o papierosa. Nie powiedziałem jej, że nie palę, tylko podałem, wystudiowanym ruchem, pojedynczego, dobrego gatunkowo, papierosa, bez określonej marki. - Pamiętaj, że palenie zabija. – Ostrzegłem ją wcale nieżartobliwie. - Skąd wiesz? – Spytała sceptycznie i grzecznościowo, zaciągając się głęboko. - Na to umarłem. Uśmiechnęła się. - Świetny dowcip! – Zgniotła papierosa w palcach i pokruszone kawałki rzucała na leżące kwiaty. – I jak się czujesz martwy? - Śmiertelnie zmęczony. – Powiedziałem. - Dwuznaczny, sardoniczny i … - I…? – Uniosłem wzrok, zaintrygowany nieoczekiwanym ciepłem w jej głosie. Nie odpowiedziała. Strzasnęła papierosowe paprochy z leżących kwiatów i uniosła je w górę oburącz, bo snop, który przyniosłem, ledwie mieścił się w jej ramionach. - Piękne są i wciąż takie żywe – stwierdziła, chowając twarz w barwnych płatkach – ale też są bez sensu! – Gwałtownym ruchem odrzuciła je na podłogę. Powiodłem wzrokiem śladem ich upadku. Nie rozsypały się nawet, tylko, jakby były powiązane (a nie były), upadły głuchym plaśnięciem w jednej wiązce. - Jak moja powieść. – Dopowiedziałem w jej imieniu. - Nie! – Zaprzeczyła – Nie! – Spojrzała mi głęboko w oczy. - To już nie wiem, co nie ma sensu. – Pozwoliłem sobie na ton rezygnacji w głosie. -Sensu nie, ma to, że napisałeś najwspanialszą powieść o miłości, ale nie będąc nawet wyrobnikiem, nie nadałeś jej kształtu pisanego… Byłem zaskoczony i zdumiony tym określeniem, bo pisałem swoją powieść wiele lat i przy użyciu staromodnego pióra wiecznego o złotej stalówce, która ani razu mi się nie złamała, choć wiele kałamarzy z atramentem zużyłem pisząc i wiele koszul ubabrałem niezmywalnymi plamami, a ręce wciąż miałem, jak we krwi, bo kolor ostatniego atramentu był krwistoczerwony, więc moja powieść na pewno miała „kształt pisany”. - Nadałeś swojej powieści nieodwracalną formę przeżycia koniecznego. – Powiedziała, a jej oczy rozszerzyły się do granic niemożliwości fizycznych, by po chwili przekroczyć je i rozpłynąć się w przestrzeni. - To nie ma sensu – powiedziałem – to nie ma sensu, przecież ja nie jestem żadnym… Księżyc, w sposób niepowtarzalny, zaglądał przez okno. Nie zauważyłem, kiedy zaczęła się pełnia i co więcej, kiedy osiągnęła swój kulminacyjny punkt.
Niczego nie zauważyłem.
Add a comment