Buraczana twarz jesieni
Jesień ma twarz buraka, spływającą potem, ubrana jest w zabłocone buciory oraz niedopięty, szary i porozdzierany w wielu miejscach płaszcz z chmurnej materii. Do tej pory z jesienią buraczaną mijaliśmy się przelotnie, bez słów i skąpo racząc spojrzeniami. Po raz któryś okazało się przecież, że wszystko ma swój czas i na wszystko jest pora, więc i buraczana jesień stanęła na mojej drodze w głębokich koleinach polnej drogi. Od razu przywitała mnie stekiem wyzwisk i brzydkich słów, by w końcu zaprosić na wódkę z kiszonym ogórkiem nim się świnia upiekła. Łatwy jestem w obyciu, dlatego upiłem się towarzysko na pobliskim kamieniu, aż traktor ruszył, przyczepa się naprostowała, druga do niej dobiła, a następnych kilkanaście, to już poślizgiem poleciało, jak i ja, bo błoto z początku gęste, zrobiło się rzadkie i nie trzymało filcaków, ani kół i burakobranie poszło, jak po maśle. - Pewnie się zaraz coś s…(popsuje)li – powiedziałem do jesieni, mając w pamięci pewne plastyczne opowieści. - No, jakżeby nie! – Warknął teść mojego syna (tego drugiego, nie tego, co się ożenił) – jeszcze nigdy tak nie było, żebym buraki zebrał bez roboty ( a miał robotę mechaniczno-naprawczą na myśli, bo zbieranie buraków, to żadna robota, jak się dowiedziałem). Zdziwiłem się, że jesień ma, ni stąd ni stamtąd, twarz teścia mojego syna, choć nie dziwiłem się, gdy miała twarz buraka, którym teść wcale nie jest, tylko raczej ja. Uznałem, że wszystkiemu, jak zawsze, winna jest wódka, co poniekąd potwierdziła teściowa mojego syna (tego drugiego, nie tego, co się ożenił), zastanawiając się jak to się dzieje, że teść ma jeszcze czas się napić (ze mną incydentalnie, zwykle, z kim innym lub sam, choć woli z kimś), skoro od ćmoka do ćmoka zbiera te buraki (jak i cała reszta ich, czyli rodzina i mój syn, ale nie ten ożeniony, tylko ten drugi), ale się jeszcze zawsze zdąży ubzdryngolić! - Ale szczęście, to mi przyniosłeś! – Powiedział teść – bo popatrz (popatrzyłem) od kiej jesteś, to nie pada i … - nie dokończył, bo poleciał op… (zganić)ć syna – swojego nie mojego, co się nie ożenił - bo źle nawracał traktorem i prawie się wywrócił, ale tylko prawie, co szczęśliwie, stanowiło ogromną różnicę. I to było najdziwniejsze ( to szczęście, które przyniosłem), bo ja bliskim to tylko pecha przynoszę.
Ale co, ledwie się z teściem znamy, więc może dlatego tak.
Add a comment