Choroba dobra na wszystko
Gdyby ludzie dotknięci poważnymi chorobami usłyszeli co przeciętny polski kolejkowicz apteczny wygaduje stojąc w aptecznej kolejce, niewątpliwie zmniejszyłaby się nam populacja i zwiększyło przepełnienie więzień.
Kolejki apteczne to nie wyjątek. Kolejki po marchewkę na przyblokowym targiwisku bywają równie bogate w przypadki kliniczne. Myślę, że muszę się jeszcze długo starzeć, aby być w stanie zrozumieć jak działa mechanizm spajający dwóch nieznajomych ludzi w magicznej rozmowie o własnych dolegliwościach. Czasem najgorzej jest w rodzinnym gronie. Pogubiłam się już dawno w temacie chorób moich bliskich. Nie odnajduję się już w temacie. Nie ogarniam tego. Czasem nie jestem w stanie wyłuskać choćby mętnego zarysu danej dolegliwości (częściej zespołu dolegliwości) z bogatego opisu osoby chorującej. Każdy ma coś do powiedzenia w tym temacie. Wyścig trwa. Każdy chce wypaść najschorowańczej, najudręczniej, najobolałniej.
Rano przy śniadaniu, wieczorem przy kolacji, gdy wychodzę z domu, gdy do niego wracam, gdy spadnie pierwszy śnieg i gdy nadejdzie odwilż, zawsze jest dobry czas na monologi o grypie, łamaniu w kościach, nerwobólach, zapaleniu ucha środkowego, nalocie na migdałkach i złym stanie woreczka żółciowego. Przy tym, opowieści o nieznanych mi personach z “Tańca z Gwiazdami” i programów pochodnych wydają się równie interesujące co metodologia pisania modułów kernela.
Najgorsze jest to, że jako osoba zdrowa muszę nieustannie odpierać ataki grupy diagnozotwórczej. Bycie zdrowym jest bowiem nie na miejscu. Jestem chorobową outsiderką.
Add a comment