Snuję, tu sobie, powolutku poemat dygresyjny ze swojego życia i sam bywam zaskoczony prawdziwością opowiadanych historyjek, które plotę, niczym kosze z wikliny, z połamanych i pokręconych słów, a bywa, że z niepojętych pojęć.
- Za bardzo się odsłoniłeś, za wiele powiedziałeś o sobie, - Mówi mi, znająca mnie lepiej - dlatego przestają cię lubić i odchodzą do innych, mniej szczerych, ale ładniejszych. Bez makijażu fantazji jesteś piękny, ale nie dla wielu. Otwartość, nie otwiera drzwi ani do sławy, ani do ludzkich serc – mówi i jej twarz powleka się smutkiem, jakby prawda tych słów ją samą przygnębiła najbardziej.
Sam nie wiem, o co mi chodzi i na co się uskarżam. Manieryczna mina smutnego poety mnie śmieszy najbardziej, ale gdzieś w pobliżu serca coś pobolewa, coś kłuje, że ona taka manieryczna, że taka śmieszna, a jakby prawdziwa w swoim, do czasu, nieprzystającym smętku. Ta mina taka.
Jako mały chłopiec, stawiając pierwsze, nieudolne litery w poplamionym zeszycie, snułem głośną myśl, że kiedy tylko się dobrze nauczę trzymać obsadkę (takie pióro wieczne, które maczało się w kałamarzu) i kleksów mniej będę robił niż starsza siostra, to będę pisał tak, jak nikt na świecie całym. Lepiej niż pan Sienkiewicz, dodawałem z naciskiem, bo wtedy każdy, kto pisał tak, jak mi się podobało był „panem”, a pan Sienkiewicz tak pisał.
Obecnie wielu to obrusza, ale ja zdania nie zmieniłem i do dziś on jest dla mnie „panem”, i tylko pan Stanisław Lem jest bardziej poplamiony moimi rękami, albowiem czytałem niechlujnie.
Tak, moją miłość do książki łatwo było odmierzyć nieczytelnością stron i brakującą ilością wyświechtanych kartek.
Dlatego mało ich w ostateczności przeczytałem, bo kto by pożyczał takiemu książki, lub kupował? Strata najczystszej wody.
Nauczywszy się, wreszcie kiedyś, trzymać obsadkę, choć jakimś upartym dążeniem do oryginalności, na przedostatnim opierając ją palcu, a nie, jak wszyscy, na środkowym, który, chyba antycypacyjnie, uważałem za służący do czego innego, i tak nie zacząłem pisać, jak nikt na świecie, mimo, że bywały polonistki, które wpadały w osłupienie, czytając moje rozprawki, dziwnie pełne nagłych zwrotów myśli.
„ Brak sensu, jest największym sensem tych treści” – mówiła Pani T. i stawiała mi piątkę z bólem serca, bo nie byłem jej ulubieńcem, ale ona była prawdziwym pedagogiem i choć stronniczo, to umiała docenić, co w czyjej duszy gra, mimo, że póki nie została świadkiem Jehowy, była gorliwą ateistką, co mi raz wyszło bokiem i „łapami”, bo nawoływałem na lekcję religii, której nie uczono wówczas w szkole, lecz w plebanii lub kościelnej kruchcie i nie było to zgodne z linią partii i duchem oświaty, by zwoływać się głośno na szkolnym korytarzu do kościoła.
A mi tylko chodziło o to, że pierwsza wołała na religię Marylka, w której się właśnie zaczynałem kochać platonicznie, a później normalnie, gdy się okazałem godnym jej łez.
Przez ten bok, którym mi wyszło i te „łapy” bezlitosne, od pani T. zadane.
Warto było cierpieć, nie tylko wtedy, dla takiej niebiańskiej nagrody, jaka czekała moje, z każdym spojrzeniem oczu błękitnych Marylki, wierniejące serce.
Takie stało się wierne, że niemal kwartał, na inne dziewczęta, patrzyłem ukradkiem i bez uczucia, pomimo zainteresowania wzmaganego przez hormony.
Miłość do Marylki minęła, wydmuchana jesiennymi wichurami i w wymiecionym sercu zagościły inne …
Jednak, pewnie dla niej, napisałem kilka wierszy takich, jak nikt inny, ale nie ocalały, lub zezwyczajniły się i poszarzały, kiedy cel serdecznych roztargnień zniknął za horyzontem dni minionych.
Zabawne, że ateistyczna polonistka została żarliwa neofitką nowej, wspaniałej wiary, a zakochany ministrant przestał wierzyć w cokolwiek.

A przecież zakolegował się z aniołami…

zrodlo: Tylko pozory i iluzje