Dzień za dniem…
Każdy chyba kojarzy amerykański serial “Dzień za dniem” (Life goes on, ach te polskie tłumacznia). Chciałam o czymś napisać ale sama nie wiem o czym. Żadna konkretna kwestia mi na myśl nie przychodzi. Siedzę na uczelni, czekam na wykład (a właściwie pół wykładu) i powrót do domu. Chyba chciałam sobie tak po prostu coś napisać dla relaksu. Nie znajduję zbyt wiele czasu na zaglądanie tutaj. No właśnie, ciągle powtarzam, że nie mam czasu. Stałam się taka monotematyczna.
Przeżyłam pierwszą laborkę z Podstaw Cyfrowego Przetwarzania Sygnałów. Miało być ciężko, a tu zaliczyłam. Nawet fajnie było. Bez wielkiego stresu, bez czarnej rozpaczy. Gdy sobie przypomnę jak wyglądała moja sytuacja na laboratoriach na poprzednich semestrach, to można uznać, że teraz to cud, miód i orzeszki. Wczoraj siedziałam do trzeciej w nocy, żeby się przygotować, wcześniej już jeden dzień poświęciłam na zaaklimatyzowanie się w temacie. Warto było. Przynajmniej wiedziałam co mam robić, w jaki sposób i co się wokół mnie dzieje.
Mam ochotę posiedzieć przed telewizorem i pogapić się bezmyślnie w szklany ekran. Nierealne. Perspektywa pisania w PHP kodów na projekt z Technologii Informacyjnych nie jest najgorsza ale jakoś zaczynam ostatnio mieć dość komputera.
Senność i codzienność. Nic się nie dzieje. Taki sobie kolejny dzień za dniem…
Add a comment