Dziś w moim punkcie (bo mieszkam w punkcie – dobrym punkcie) temperatura 82 stopnie Fahrenheita. Książkom nic jeszcze nie grozi, pali się tylko robota w rękach, ale szybko gaśnie zalewana litrami potu, który wypłukując potas i magnez wprędce doprowadzi do tachykardii, chyba że spocznę. Zadziwiają mnie kozy, które - jakby upał ich nie dotyczył - wypiły zaledwie po hauście wody i wróciły do przeżuwania. Fakt, upalowałem je w cieniu drzew liściastych i gąszczu traw wysokich, które takim małym kózkom same starczyłyby za cień, więc może nie konają z pragnienia, bo wydają się bardzo żywe, co udowodniły brykaniem, próbując skakać na moje pochyłe plecy. Opędzając się od nadskakujących mi kóz i myśli niechcianych, które wciąż mnie gnębią, znalazłem nagle gdzieś w zakamarkach mojej głowy myśl dziwną, zapomnianą prawie, niewiadomo jakim sposobem, ocierającym się o cud, zachowaną. Myśl ta zaczyna się stwierdzeniem, że mieszkam w punkcie, dobrym punkcie mojej wsi, ani wielkiej, ani maleńkiej. Ot, takiej w sam raz na moje aspiracje i znużenie. Mieszkanie w dobrym punkcie oznacza, że w nieformalnej skali wygodnictwa takie miejsce zamieszkania plasuje się wysoko. Mieszkanie w dobrym punkcie oznacza, bowiem, że mam wszędzie blisko i nie muszę się nachodzić, żeby dotrzeć tam, gdzie jest coś wartego dotarcia: sklep na przykład. Tak właśnie mieszkam, bo wszędzie mam blisko, nawet w subiektywnej opcji mojego niedołęstwa. Sklepów kilka, dostępnych w pięć minut czołganiem, przychodnia zdrowia i zaprzyjaźniony lekarz, oraz pozostały personel, równie niewrogi, po przeciwnej stronie drogi, która co prawda nie ma nazwy, ale jest niczym wielkomiejska arteria ważnego imienia, przy której wszystko jest, a jak nie ma, to nic. Tuż obok trzy szkoły ciągłego kształcenia: podstawówka, gimnazjum i liceum. Do jednej z nich chodziłem i choć miałem do jej drzwi nie więcej, niż sto kroków, to droga zawsze mi się dłużyła, a nauka to już niemożliwie ciągnęła Też obok, ale z drugiego oboku jest dom kombatanta, czyli DPS, tylko pozornie niewart uwagi, bo na starość, kto wie, gdzie rzuca nas dzieci lub Alzheimer? Człowiek już nie wie, gdzie się obrócić, a co potem…? A W DPS miłe dziewczęta, w razie potrzeby, za rączkę poprowadzą lub na wózeczku powiozą gdzie trzeba. Do kościoła chociażby, do którego też blisko, bo w punkcie, dobrym punkcie, blisko jest do wszędzie. Do kościoła i na cmentarz, także bliski, przejść trzeba, co prawda, przez drogę krajową nr 10, a na niej ruch, jak w Warszawie, bo i do Warszawy ona prowadzi, lecz są słupki z sygnalizacją, która od pewnego czasu sygnalizuje sama, bez naciskania guzika, czy iść, czy nie iść, ale i tak wszyscy naciskamy z przyzwyczajenia, bo guziki są nadal. Kto chce, może przejść drogę nr 10 kładką, której nie ma, lecz używać jej nikt nie zabrania. Czasem, więc korzystam. Mieszkać w dobrym punkcie, jak ja mieszkam, oznacza, że donikąd nie jest daleko, a jak jest, to dojechać można łatwo i wygodnie. Tak, jak do lasu ode mnie i do miasta wielkiego (bo wielkość miasta liczy się od punktu odniesienia, więc wiele miast z pozoru małych wielkimi jest z niektórych punktów widzenia). Ode mnie do miasta wielkiego (z mojego punktu patrząc) jest bliziutko, zaledwie na odległość pół godziny. Dawniej to mi tak krótka odległość przeszkadzała, bo nigdy nie zdążyłem, nagadać się z dziewczynami, gdy dojeżdżałem do szkoły, której wówczas jeszcze nie było po drugiej stronie drogi, ale nie żałuję, bo choć pół godziny, to nieco dalej niż sto kroków, to tamta droga mi się nigdy nie dłużyła, wręcz przeciwnie. Teraz niekiedy mi się ta droga dłuży, szczególnie, gdy muszę czekać w korku, albowiem trzeba jechać do wielkiego miasta drogą na Warszawę, tylko w drugą stronę, a ta droga, jak wszystkie warszawskie, bywa nierzadko zakorkowana. Tak, mieszkam naprawdę w dobrym punkcie. Stąd pewnie nagle odnalazła się w mojej głowie ta przedziwna myśl i rozśpiewała:
Najpiękniejsza jest moja ojczyzna.

zrodlo: Tylko pozory i iluzje