Pomimo wielu burz, przetaczających się przez noc nad moim domem, miałem prześliczny sen. Nawet domyślam się jego genezy: Była nią na pewno rozmowa z omm, wpisy lo-ko o Lalutku i ostatni post Oksyd o Kaziu. Sen zaczął się zwyczajnie – lekkim mrocznym korytarzem i cichą muzyką płynącą znikąd (to efekt brzęczącej płyty CD, która sobie nastawiłem na noc). Nie wiem, czy korytarzem szedłem, czy płynąłem unosząc się na falach muzyki, ale wkrótce znalazłem się w dużym pomieszczeniu i ujrzałem, że jestem na zebraniu gminnym zwołanym w jakiejś bardzo ważnej sprawie. Zrazu byłem zdziwiony, co ja robię w takim zgromadzeniu, ale po chwili wszystko się wyjaśniło (w tym śnie, oczywiście): Wokół mnie, oprócz kilku zwyczajnych dorosłych, były same dzieci i to dzieci wyjątkowe, bo smutne smutkiem tęsknoty i rozradowane radością istnienia. Tak to czułem, śniąc i nie widziałem w tym sprzeczności. Obecność tych dzieci, które, jak się łatwo domyślić, były dziećmi chorymi pozbawiła mnie zdziwienia i poczułem się uprawniony do bycia tam razem z nimi i wśród nich. Ktoś wygłaszał jakieś mowy, ktoś inny odpowiadał gniewną ripostą, a ja rozmawiałem z dzieciakami jakimś dziwnym językiem, bo bez słów, choć dzieci opowiadały mi jakieś sprawy i wiem, że rozumiałem wszystko.
Dzieciaki, najczęściej znajdowały się w pozycjach leżących i niejednokrotnie musiały się do mnie przekręcać z wielkim trudem, bo na ich kończyny były założone skomplikowane konstrukcje, na pewno służące terapii, choć sen tego nie precyzował. Byłem tam, rozmawiałem z dziećmi i szczęśliwiałem, bo widziałem, jak coraz głośniej się śmieją, jak im ze mną jest dobrze i tylko gryzła mnie jakaś myśl. Sen trwał, dzieciaki śmiały się coraz głośniej i radośniej, dorośli grzmieli do siebie wzajem na mównicy (to pewnie wpływ odgłosów burzy), a mnie myśl gryzła, jak robak obrzydliwy. Gryzła tak bardzo, że w końcu zobaczyłem, jak ten robak wyłazi z mojego oka i się przeraziłem. Sprawę załatwił, jednak mały chłopiec w białych skórzanych bucikach, wyglądających jak rybackie gumowce, sięgających mu aż do pachwin (Lalutek?), który wyciągnął tego robaka z mojego oka i przydeptał go, śmiejąc się głośno, jednym z białych bucików. Wtedy zrozumiałem, co mnie gryzie i wstałem, mówiąc głośno, że w mojej wiosce, w remizie jest fajna impreza, i trzeba szybko zabrać te wszystkie dzieciaki, żeby się na niej zabawiły. Ktoś z dorosłych zaprotestował, że ta impreza, to zabawa dla dorosłych, bo z piwem, ale powiedziałem, że jak chce, to niech pije sobie piwo, ale tam jest muzyka, fajne zabawki oraz dobrzy ludzie (skąd?), więc dzieciaki, muszą na nią pojechać. I nikt już więcej się nie opierał. Podstawiono autobus, który wewnątrz miał miejsca przygotowane dla każdego dziecka. Były specjalne łóżeczka z chwytakami, specjalne siedzenia z przedłużeniem na nogi, których nie można zginać i starszy pan kierowca za kierownicą, który każdemu wchodzącemu parzył i mieszał jakiś napój, zależnie od życzenia (oksydowy pan Kaziu?): kawę, herbatę albo lemoniadę o kolorze słońca, a między siedzeniami chodziła wolontariuszka, która poprawiała dzieciom poduszki, kołderki lub tylko układała równo rączki i opowiadała im o mnie jakieś dziwne, dobre rzeczy, a dzieciaki się śmiały, wiedząc, że zmyśla, ale bardzo je to bawiło, więc też się śmiałem z nimi po swojemu, czyli, jak głupi. Autobus jechał po szosie mięciutko, jak po obłoczkach i tylko raz się zatrzymał po drodze, z niejasnych dla mnie, nawet teraz powodów, gdy mijał kobietę lekkich obyczajów, która miała bardzo zmęczoną i zniszczoną twarz i dopiero, gdy uśmiechnęła się do dzieci, to wyładniała i stała się piękna. Podejrzewam, choć to jest już moje trzeźwe podejrzenie, a nie senne, że ona była piękna zawsze, tylko musiała znaleźć odpowiednie lusterko, żeby swoją urodę zobaczyć. Myślę, że oczy dzieci z mojego snu były tymi lusterkami. Dalej nic już nie zatrzymywało autobusu i szybko dojechaliśmy do naszej remizy. Pomogłem panu kierowcy (panu Kaziowi?) i pani wolontariuszce przeprowadzić dzieci do remizy razem z ich łóżeczkami, fotelikami i wózkami. Przeprowadzić, bo jak to we śnie, mimo różnych niesprawności, dzieciaki zwyczajnie przeszły, ale nie oczekujcie tu technicznych opisów, jak to się działo, bo działo się po prostu, jak zawsze, gdy jeden drugiemu pomaga. Wtedy jedna dziewczynka z kroplówką zaprosiła mnie do bufetu i postawiła mi piwo.
Jasne, pełne, jak jej rozradowana buzia.

zrodlo: Tylko pozory i iluzje