Normal 0 21 false false false MicrosoftInternetExplorer4
Zbudził mnie, gwar, szczekanie psów. Normalny dzień się zaczął - pomyślałem, zerkając w okno jednym okiem, leżąc połową twarzy na dłoni, utopionej w poduszce, bo śpię na zbyt miękkiej i się zapada pod ciężarem głowy. A głowa taka ciężka od trosk.
Świt był jeszcze w powijakach, czyli ciemno, choć oko wykol.
Ki, kto?! – Pomyślałem z rozdrażnieniem, powstrzymując się od pomyślenia niedobrego imienia, wiadomo, kogo.
Gwar może nie narastał, ale trwał permanentnie i się roznosił po całym podwórku, bo z podwórka dochodził.
Przeniosłem wzrok z ciemnego okna na szczekające psy, które, mimo, że jazgotały bardziej niż normalnie, czyli w zasadzie identycznie, jak każdego ranka, nie wykazywały ochoty wybiegnięcia na zewnątrz i dania bobu natrętom. W sytuacjach zwykłych, taką ochotę wykazywały nader natarczywie.
Wymacałem na ścianie prztyczek od lampki (bo mam, sprytnie, lampkę na ścianie i prztyczek, też na ścianie) i oświeciłem światło, jak mawiają Ślązacy i ja kiedyś, a dla zabawy, i czasem teraz.
Nie będę ukrywał, zwlokłem się sprawniej z łoża, czyli wygramoliłem z betów, niż czynię to zazwyczaj, bo coś mnie tknęło. Jakieś przeczucie, znaczy.
- Spokój pieski, spokój … - powiedziałem do piesków uspakajająco i na chybił trafił pogłaskałem nadstawione łby, nie sprawdzając, czy każdemu przypadła taka sama ilość głasków.
Jak nigdy, podziałało i jazgotanie mojej sfory ucichło, jak nożem uciął. Tylko warczały z cicha, popatrując na mnie.
Nie narzucając nic na siebie, bo, chyba już, nie mam podomki, czy szlafroka, wyszedłem w piżamie przed sień. Oświecając, oczywiście, światło na podwórku, bo świt był jeszcze w powijakach, co przypominam.
Mogłem się tego spodziewać! – Pomyślałem sobie tajemniczo, kiedy ujrzałem tłum mężczyzn, kobiet i dzieci. W takiej, właśnie, kolejności. Stali, a właściwie, przepychali się ku mnie, w dwóch, oddzielonych od siebie niewielką przestrzenią nocy, grupach. Po prawicy, grupka była bardzo nieliczna i jakby mniej zwarta, a po lewicy, rzecz jasna, przeciwnie.
Od razu wiedziałem, co jest.
Zawołałem jednak donośnie:
- Co jest, do cholery!?
Pamiętałem, żeby użyć ostrego sformułowania, ale nie wymieniać imienia, wiadomo, czyjego. Poskutkowało.
Gwar ucichł, z liczniejszej grupy – tej po lewicy – podeszło do mnie troje.
Nie mówię ludzi, bo byłaby to pewna nieścisłość, a lubię trzymać się faktów, kiedy mi wygodnie.
Z nimi, jakby to sobie ktoś specjalnie wyliczył, nadszedł świt i szybko rozjaśniło się wkoło.
Teraz dopiero ujrzałem, jaki wielki tłum mnie nawiedził.
Ho! – Pomyślałem sobie z satysfakcją, bo dokładnie przewidziałem taki stan rzeczy, a raczej stan jednostek ludzkich, bo określenie ludzi, byłoby nieco nadinterpretacyjne.
- To się narobiło! – Powiedziałem wesoło, bo wesoło mi zawsze, gdy sprawdza się to, co sobie wygłówkuję.
- Nie wiem, z czego się cieszysz? – Powiedziała jedna, z tych troje, bo to była kobieta i uśmiechnąłem się dodatkowo do swojej wesołości, bo pomyślałem, że kobiety, to jednak umieją się ustawić.
- Nie cieszę się, tylko jestem rozbawiony – powiedziałem i zaprosiłem tych troje do wnętrza domu, rozumiejąc, że to jakby przedstawicielstwo pozostałych, co było, nie do końca, prawdą, ale się nią stało, kiedy zamknąłem za nimi drzwi wejściowe, a innym przed nosami.
- Siadajcie! – Powiedziałem, wskazując na chybił trafił różne miejsca, gdzie można by usiąść.
Na tych troje starczyło i siedli, gdzie, kto chciał, lub gdzie mu wypadło.
Okazało się, że, z tych troje, zostało ich trzy, bo wszystkie były kobietami, ale dwie, to musiały być sufrażystki, bo wyglądały po męsku, co w ciemności i bladym świtem zmyliło mnie w kwestii płci.
Właściwie, to wiedziałem, skąd to całe zbiegowisko na moim podwórku i nie musiałem pytać, ale pomyślałem sobie, że skoro już nie śpię, to pogadać można.
W międzyczasie, nastawiłem na kawę i trochę mnie zdziwiło, że one też chciały i to nawet z pewnym łakomstwem.
Ale, właściwie, czemu nie? – Pomyślałem sobie i od razu zastrzegłem, że dla reszty nie zrobię kawy, bo tyle nie mam, a i imbryka, tak wielkiego, nie posiadam.
- Gadaj współcześnie, jesteśmy na bieżąco i wiemy, co, to, czajnik – zgryźliwie dopiekła mi jedna i musiałem się ugryźć w język, by jej nie odpalić.
Odpaliłem tylko gaz i pomilczeliśmy chwilę, bo to tak bywa, że w jakimś momencie następuje chwila zawieszenia i rozmowa zamiera.
Pomilczeliśmy do chwili, gdy rozlałem kawę na trzy kubki i jedną szklankę, bo ta, która nie wyglądała na sufrażystkę, chciała ze szklanki, ale powiedziała mi za późno i nalałem już do kubka.
- To ja wypiję dwie – powiedziała inna i popatrzyła na mnie nieśmiało, jakby spodziewając się, że się sprzeciwię.
- A truj się! – Zażartowałem niewyrafinowanie.
O dziwo wybuchły śmiechem,aż psy rozmerdały swoje ogony. Ja też miałem ochotę zamerdać, ale nie mam ogona, więc jedynie się uśmiechnąłem półgębkiem.
- Dobra! – Udałem stanowczość. – O co chodzi z tym zbiegowiskiem?
- A, bo Pan powiedział, że każdy będzie miał swoja własną winnicę, więc przybyliśmy, każdy na swoje i okazało się …
Dla jasności: Pan, to nie ja, tylko ON.
- Że te swoje, to do bardzo wielu należy? – Zaśmiałem się z wyższością, bo to właśnie było tym, czego się spodziewałem.
Pokiwały głowami, spijając kawę i bardzo je to ekscytowało.
Mnie też, bo kobiety umieją bardzo urokliwie spijać kawę, szczególnie wtedy, gdy wiedzą, że są obserwowane, a ja przecież nie ukrywałem, że je obserwuję.
- Ale wy nie jesteście siostrami? – Zapytałem, nie wiem, czemu, ale tak mi przyszło do głowy, jak to czasem w rozmowie przychodzi coś do głowy nie na temat dyskursu.
- Oczywiście, że nie! – Prawie się obraziły. – Nawet w jednej rodzinie nigdy nie byłyśmy.
- Bo ja to jestem Ewa, w ogóle. - Powiedziała jedna z nich i kubek mi wyleciał z rąk, bo to była prawdziwa Ewa. Ta Ewa!
- Eee, ekh, augh! – Wyrwało mi się kilka, jeszcze podobnym, zwrotów i po raz pierwszy poczułem się onieśmielony, bo – rozumiecie – Ewa, to jednak Ewa. Ta Ewa!
Wszystkie trzy zaśmiały się perełkami jarzębin (bo te czerwone kulki w ich wykonaniu się normalnie sperliły) i moja stara chałupa zachowała się niczym świetne pudło rezonansowe, bo śmiech dźwięczał po wszystkich zakamarkach.
Aż myszy poprzysiadały na ogonach. Psy i koty też, z wyjątkiem jednej kotki, ale ona nie ma ogona.
- A co by było, jakby tu L. przyszła?– Powiedziała jedna z trzech, która nie była Ewą. Chyba by się wykopyrtnął!?– I znowu zaśmiały się perliście, i jarzębinowo, a moja chałupa rezonowała im echem, a ja odwrotnie – straciłem rezon zupełnie.
Wiem, kto to jest L. i wcale bym się tak bardzo nie zdziwił. Nie bardziej niż wizytą Ewy.
- A właśnie! – Nagle orzeszek puknął mnie w głowę. Orzeszek domyślności, rzecz jasna. – Czemu ty, Ewo szwendasz się po moim sadzie? Przecież twoja winnica była chyba w samym Edenie?
- No! – Zaśmiała się Ewa bezpretensjonalnie – A gdzie był Eden, wiesz?
Dobrze, że kubek z kawą wypadł mi z rąk już wcześniej, bo teraz, to by się chyba nawet zbił, tak mnie zaskoczyła.
- Chcesz powiedzieć…? – zabrakło mi odwagi do ostatecznej konkluzji.
Zachichotała potwierdzająco, a pozostałe dwie zawtórowały.
- To niemożliwe! – Zaparłem się głupio.
Odpowiedzią był znowu ich, rezonujący po całym domu, śmiech.
- A kto, to są ci po prawicy? – zapytałem w ogłupieniu.
- A , to są wszyscy święci.
- Niewielu ich. – Wyraziłem, nie wiem, właściwie, co.
Teraz, to chałupa zadudniła śmiechem, niczym wielotysięczna orkiestra kontrabasów - ci z podwórka się dołączyli.
Ale sądzę, że tylko ci, po lewicy.

zrodlo: Tylko pozory i iluzje