Jak nigdy
Przyszedł wieczór i Maria przyszła. Oboje przybyli razem, choć każde inaczej. Wieczór przyszedł niezauważenie, bo nawet nie zaleciało chłodem, Maria zaś, weszła z impetem i poszła po coś do kuchni, potykając się o moje nogi, wyciągnięte na podłodze. - O wieczór jest! – Zawołałem do Marii głośno, by mogła mnie w kuchni usłyszeć. - I co w tym dziwnego? – Zapytała złośliwie, stając nade mną – Dzień się skończył, to przyszedł wieczór. - Rzeczywiście, przyszedł, – przyznałem – a wcale go nie zauważyłem. Maria spiorunowała mnie wzrokiem i przydeptała piętą, w którą ją natychmiast ugryzłem, w odwecie. - A, że ja przyszłam, też nie zauważyłeś? – Naciskała mnie, mimo mojego kąśliwego odruchu. - Zauważyłem – odparłem. – Jest wieczór i ty jesteś. - Wieczoru nie zauważyłeś! – Poprawiła mnie natychmiast, bez litości. - Faktycznie – przyznałem – ale przecież to nie ma znaczenia, bo już noc. Maria, zaskoczona, popatrzyła na mnie uważnie. - Rzeczywiście, jest noc. – Przyznała mi rację.
Jak nigdy.
Add a comment