Jak wentyl
Właściwie nie miałem już robić żadnych wpisów, ale jak zwykle nie dotrzymałem sobie słowa. Na szczęście nie zaklinałem się, więc nie mam grzechu.
Dręczę klawiaturę, chociaż nie mam już nic do powiedzenia, a piszę tylko dlatego, że poczytawszy wpisy innych, zrozumiałem, że obowiązkiem moim jest zakomunikowanie, iż jest, jak jest i, że szkoda albo nie, że inaczej nie będzie.
Mi nie zawsze szkoda, choć najczęściej tak i to bardzo, lecz to nie ma nic do rzeczy i niechęci do pisania, która była i przeszła, lecz powraca, niczym wentyl w rowerowym kole. (Bezdętkowe koła się nie liczą.) - Jak ci idzie? - Spytał mnie wczoraj z niezmierną ciekawością sąsiad, który wymusił na mnie odwiedziny w swoim domu. Zręcznie ominąłem temat, chwaląc, jakie ma piękne płytki w łazience (bo skorzystałem) i przed domem, bo ma. Poczęstował mnie piwem za to i wypiłem pół szklanki. - Dobre! - Pochwaliłem i oddaliwszy się od tematu, wysłuchałem ze zrozumieniem o niewdzięczności córki, która miała przyjechać, ale jej mąż za wiele wypił i - wiesz, lepiej, że za kółkiem nie siadał. - Jasne! - Przytaknąłem, topiąc wzrok w piwie i odpływając myślami w inne miejsce, i inny czas. Później już się nie odzywałem, bo nie miałem nic do powiedzenia.
Jak nadal.
Add a comment