Jak zły szeląg
Gdyby nie sąsiad, to nie miałbym w swojej wsi żadnych znajomych. Na szczęście, sąsiada znam dobrze: jak zły szeląg. Z takiej znajomości mojego sąsiada rodzi się pewnego rodzaju wątpliwość, albowiem znając go tak dobrze, jak zły szeląg, kompletnie nie znam tego szeląga i mogę przysiąść się na wszystkie świętości i na „jak bony dyny!”, że na oczy go nie widziałem. Posiadając szczątkową inteligencję doświadczalną, domyślam się, iż ten szeląg ma coś wspólnego z Kopernikiem, jako że dotyczy pieniądza, który wypiera inny pieniądz - ten dobry i ponoć ta zasada obowiązuje nadal, co dowodzi, że Kopernik miał łeb tęgi i wpatrując się w gwiazdy nie zapominał patrzeć pod nogi, gdzie – jak wiadomo – pieniądze leżą. Oczywiście, nie pod moimi nogami, ale to wynika pewnie z niepewności mojego chodzenia, gdyż za bardzo się na swoim chodzeniu skupiam, zamiast patrzeć, gdzie i dokąd idę. Dlatego, zawsze wychodzę na manowce. To jest takie sobie austriackie pisanie, bo bez znajomości rzeczy i dla odegnania smutnych myśli, które niczym zły pieniądz, wypierający dobry, wypierają myśli jasne, wesołe i śliczne. Bronię się przed nimi, niczym minister finansów przed deficytem, wypierając złe i gorzkie, zaklęciami antonimicznymi, mówiąc sobie, że tak, jak nie ma kryzysu, tak nie ma … i tu otwiera mi się, niczym dziura budżetowa, otchłań tego, czego nie ma, a co jest złe w mojej głowie i koniecznie muszę to z niej wyprzeć i wyrzucić, bo zwariuję, albo jeszcze gorzej, gdyż wariatem już jestem.
A przecież nadal nie przestałem być idiotą.
Add a comment