Jutro niedziela, czyli…
Kończą się święta, w moim przypadku – jednoosobowe. Wrócili młodzi i dziecko, które nie omieszkało pochwalić się „prętami”, otrzymanymi od Mikołaja i że nie było rózgi, tylko zabawki, ale nadal „Mikołaja boi”. Opisawszy straszną historię, skończoną jednak happy endem, dziecko poszło spać. Młodzi chyba też. Dwudniowe świętowanie w dużym gronie, to jednak niemały wysiłek dla organizmu, więc „nie dziwota.” Dwa dni ciszy i towarzystwa kotów oraz psów jakoś mnie nie przygnębiły. Wręcz przeciwnie, oddałem się nudzeniu w maksymalnie możliwy sposób. Wyłączyłem wszystkie sprzęty grające i hałasujące, pozamykałem okładki niedoczytanych książek (których i tak nie czytam) i spaliłem nieprzeczytane gazety. Zanurzony w kompletnym braku zdarzeń czułem się jak człowiek pływający w Morzu Martwym z zatkanymi uszami i zamkniętymi oczami, gdzie ciało nie tonie, tylko bezwolnie spoczywa w roztworze soli. Pozbawiony zewnętrznych bodźców unieruchomiłem również procesy myślowe, dzięki czemu doznałem niespotykanego od bardzo dawna uczucia spokoju i braku trosk. Nie zniweczyły tego nawet telefony, których kilka odebrałem, bo były to rozmowy dobre i harmonizowały z moimi odczuciami. Jutro jest niedziela.
Czyli zwyczajny szary dzień.
Add a comment