- Czy pan kłamie? – Spytała mnie przelotnie dziewczyna, przebiegająca mi drogę niczym czarny kot. A zwinna była, jak kocica i łasicowata taka, po kociemu. Ooo! – Pomyślałem sobie, wręcz. – Z tego może być nieszczęście, bo przebiegła mi drogę kocica zwinna. Nie zatrzymałem się jednak, by przepuścić innego nieszczęśnika, aby to jemu przebiegła drogę kocica zwinna na nieszczęście, bo lubię porać się z losem, a z kocicami zwinnymi, nawet posiłować bez zwycięstwa. - Nie, nie kłamię! – Skłamałem, jak z nut, ale patrzyłem w jej kocie oczy i coś mi zagrało, jakbym z partytury czytał. - Nie wierzę panu nic, a nic! – Zwęziła swoje kocie oczy i, przez skośne szparki, przeszyła mnie wzrokiem, rozdzierając moją duszę, jak pazurem cienki plusz. Bo taka aksamitnie cielista była. I miękka w każdym obrzeżu swej, kociej, figury. - Ach … - Westchnąłem beznadziejnie, wietrząc klęskę. Bowiem, z pobocza wyszedł sprężystym krokiem, jakby na gumowych podeszwach, smukły i szumny młodością, salonowy lew, i pożeracz serc. Przebiegła kocica zwinna błysnęła ku niemu spojrzeniem, jak płaską błyskawicą, bo z cienkich szparek skośnych oczu, a gdy zamruczał lubieżnie ku niej, strzeliła raz jeszcze, niczym gromem z ciasnej szczeliny pomiędzy chmurami. Równie płasko. Z otwartej ręki. A potem wzięła mnie pod ramię: - Pan, chociaż kłamie, jak z nut – powiedziała – i wiem, czego się po panu spodziewać. Ale niczego to nie wyjaśniło.
Temu lwu.

zrodlo: Tylko pozory i iluzje