Leniwa Wigilia
Bywają leniwe niedziele i inne leniwe dni, a mi zdarzyła się leniwa Wigilia. Wigilia pisana z wielkiej, bowiem tkwi we mnie atroficzny szacunek dla kilkusetletniej tradycji święcenia tego dnia przez ludzi zamieszkujących ten kraj – dzisiaj zwany Polską dla Polaków, a dawniej zwany różnie, ale też niebrzydko. Nie, nie. To nie będzie tekst o ambicjach historiozoficznych. To będzie tekst, jak wszystkie poprzednie, o mnie w jakimś tam odniesieniu do innych okoliczności i rzeczy. Mam leniwą Wigilię, bo nie muszę robić żadnych świątecznych wiktuałów, o czym już napomykałem we wcześniejszym wpisie (to informacja dla niespodziewanego gościa na blogu, którego – a jakże! – witam, jak tradycja nakazuje: „siądź i bądź!), więc teraz siedzę sobie przy komputerze, nad klawiaturą, po lewej ręce mam okno (te, przez które wchodzą i wychodzą koty – to też info dla Ciebie Niespodziewany), a po prawej całą resztę mojego majątku, na który już, już zaczaja się komornik (odwiedził mnie dzisiaj, co wróży ciekawy rok), a po tym majątku przemieszcza się synowa i syn oraz dziecko. I wszyscy mają coś ważnego do zrobienia, bowiem – okazuje się - kurtuazyjny podział opłatka także wymaga oprawy. Przyznam się, że niektórych elementów tej oprawy nie rozumiem i wcześniej też nie rozumiałem, lecz nie mając wcześniej leniwej Wigilii jakoś nie zaprzątałem sobie tym głowy. Bo, na przykład – dlaczego do kurtuazyjnego podzielenia się opłatkiem niezbędne jest gruntowne wysprzątanie domu (wraz z umyciem okien i wytarciem kurzu z mebli?) albo wymiana pościeli w moim łóżku z czystej na jeszcze czyściejszą? I tym podobnych. Owszem, w pewnym sensie, rozumiem iż do spożywania posiłków, a także opłatków, jakieś minimum czystości jest niezbędne, ale żeby wymagać czystości higienicznej? To czyste ręce już nie wystarczą? Lata doświadczeń i obserwacji mówią, że nie, bo taka jest Tradycja. Tak, tak. Tradycja również pisana z wielkiej, bowiem w tej Tradycji zawiera się sacrum i choć przybiera ono (to sacrum) kształt trzepoczącej ścierki i wyjącego odkurzacza – jest, i stanowi immanentną część oczekiwania na truchlenie mocy. Mam, zatem leniwą Wigilię z całym Jej sacrum oraz elementem refleksyjnym, którym – co chyba jasne – jestem ja, gdyż siedzę i snuję owe refleksje właśnie. Elementarnym wątkiem refleksji są zazwyczaj wspomnienia odnoszone do tematu refleksji. W moim przypadku tak nie jest, bo nici moich refleksji rozsypały się, niczym anielskie włosy na choince i aczkolwiek z jednego punktu się rozsnuwają, to na osobnych gałązkach mentalnej choinki rozwisły. Na przykład: Tegoroczna Wigilia ma nad sobą lekki cień. Niby pasujący do typu świętości tego dnia, ale jednak jakoś nieadekwatny do tej świętości istoty. To cień krzyża. Bo krzyż jednych zaczął kłuć w oczy, a drugim zaczęło wydawać się, że krzyża nigdy dość. Dla mnie, krzyż jest elementem krajobrazu, podobnie jak kościół, czy brzozy koło mego domu. Znam jednak takich, których moje brzozy w oczy kolą, więc rozumiem, iż innych kolą krzyże w klasach, czy urzędach. Analogizując dalej – nie bacząc na tych, którym moje brzozy nadmiernie przesłaniają światło, dosadziłem jeszcze kilka, bo dla mnie brzoza to w niebo-strzelna myśl, więc jej obecność w moim pejzażu jest mi niezbędna. Niestety, okazało się, że przesadziłem i z dwunastu brzóz, jak na dzisiaj, ocalała jedna, co jeden z przeciwników moich brzóz rzekł: I na co ci to było? Ale, na szczęście, to tylko sąsiad (Niespodziewany, musisz cofnąć się wstecz bloga, by zrozumieć sens tego zdania), więc potraktowałem go, jak prof. Legutko w interpretacji red. Terlikowskiego radzi potraktować wrocławskich uczniaków, dając mu w mordę i wywalając na zbity pysk z podwórka.
I mam nadzieję, że sąsiadowi wyjdzie to na zdrowie, bo zdrowia życzę mu szczerze, po chrześcijańsku.
Add a comment