zjawisko, które nieustannie mnie zadziwia:

- "wyjaśnianie" sobie zawiłości własnego związku przy świadkach, najchętniej po alkoholu i z udziałem osób trzecich,

- spacery w tę i z powrotem (najlepiej po deszczu, albo w zimie, bez okryć wierzchnich, żeby było dostatecznie dramatycznie) koniecznie na oczach znajomych - współtowarzyszy niedoli,

- pośrednictwa i interwencje równie głupich lesbokoleżanek,

- demonstracyjne płacze i gniewy ("Marian, czy Ty mnie kochasz, czy Ty mnie już nie kochasz"),

- teorie spiskowe rodem z podstawówki,

wszystko podlane sosem zwykłego braku wychowania - czego efektem jest brak oporu przed praniem brudów publicznie, bez względu na zażenowanie otoczenia.

może to zaskakujące, ale w sytuacjach publicznych/ towarzyskich zasadniczo i niezmiennie nie interesują mnie prywatny rynsztok, kłopoty osobiste i złe wybory kompletnie dla mnie obcych osób. z mojego punktu widzenia jedyny problem w takiej sytuacji - któremu siłą rzeczy poświęcam uwagę - to brak elementarnej kultury osobistej u aktorek owych "dramatycznych" zdarzeń, skutkujący dla mnie koniecznością bycia mimowolnym świadkiem zachowań, których nie mam ochoty oglądać.

dno i pół metra mułu.

zrodlo: jestem oazÄ? spokoju, kwiatem na tafli jeziora…