Nadal
Nadal nie mamy o czym opowiadać, bo sytuacja nadal się nie zmieniła i nadal wszystko się toczy, jak wszystko, co się toczy, czyli w dół. Zatem, nadal będziemy wam opowiadać o dziecku i innych przedmiotach i niech nikt nam tu nie protestuje, że dziecko, to nie przedmiot ani rzecz, lecz żywa istota, bo zastosujemy metodę na sąsiada, czyli w łeb, skoro rzeczowa (właśnie!) argumentacja nie dociera. Nim zakontynuujemy opowiadanie o dziecku, które wbrew waszym przypuszczeniom traktujemy podmiotowo, to odniesiemy się do innych incydentów, być może, nieżywotnej natury, ale zaistniałych kronikarsko w naszej okolicy, więc zauważymy je pisemnie. Mamy na uwadze właściwie jeden incydent tego rodzaju, aczkolwiek poczworzony, gdyż o kotach mowa nasza - kotach czterech, płci jeszcze nieustalonej, choć wiemy i wy zaraz też, że mówimy o sierotach. Sieroty owe, to potomkowie naszej kociej nestorki, czyli takiej lojalnej kociej Ewy, z której wszystkie nasze kocie problemy liczne, jak jej potomstwo rozmnożone w naszym sielskim raju. Ale nie z naszego punktu widzenia raju, a kotów tych, licznych. Nie rozwodząc się zanadto (mimo, że rozwody w modzie, gdyż nie unowocześniono jeszcze sposobu naturalnego doboru partnerów i ci dobierają się staroświecko, a powinni rozumnie), wyjaśniamy, iż sieroctwo kotów wynikło nie z nagłej i niespodziewanej śmierci matki (gdyż wiadomo, że kocięta ojców nie mają – przynajmniej nominalnych), podobnej do nieoczekiwanego końca lata (choć jakby w terminie), lecz z nagłej i nieoczekiwanej podłości tejże matki, która sobie poszła, ale nie z domu, tylko od kotów i udaje, że dzieci swoich nie zna. To stary koci proceder,. Ale tym razem wykonany przedwcześnie, bowiem kocięta zostały opuszczone, mimo że nie potrafiły jeszcze nawet samodzielnie pić. I to jest ten incydent, o którym wam opowiadamy, ale już kończąc, żeby nie trzymać w napięciu, do którego wystarczy telefon lub dzwonek u drzwi, bo wiadomo, kto dzwoni lub się pcha nieproszony do nas. Już kończymy. Nie rozwodząc się (o rozwodach wyżej) ujawnimy jedynie, iż dokonaliśmy rzeczy niebywałej, bowiem w paśmie niepowodzeń, jedno udało się nam zwieńczyć powodzeniem: uratować koty poprzez nauczenie ich samodzielnego pobierania pokarmu z otoczenia w postaci mleka (to na początek), a potem innej nieszkodliwej substancji stałej, w postaci kociej karmy. Nie będziemy wam tu zdradzać technicznych szczegółów i drastycznych faktów w rodzaju prawie utopienia kocięcia w mleku, zalania go tymże, pogryzienia ze złości pipetki, zaciśnięcia palców na… ( bez obaw, my nie Gombrowicz i kotów nie dusimy nawet na potrzebę uzyskania odpowiedniego odniesienia do sytuacji, czy wróbla). Osiągnęliśmy sukces i to się liczy. Łatwo dosyć, bo to sukces nasz jedyny, a do jedynego liczyć umie nawet nasze dwuletnie dziecko, o którym teraz. Dziecko jest nasze, ale niegenetycznie, co mamy w nosie, bo nie czyni nam żadnej różnicy drobne odchylenie genotypu dziecka od naszego genotypu, skoro od małpy też odchylamy się nie bardzo i dziecko unaszowilismy bezprotestacyjnie i wzajemnie, uznając z uznaniem poszerzenie zasobów słownictwa dziecka o „dziadzia”, a nawet o „dziadzia oć” z wykrzyknikiem, co miało wpływ na nasze sposoby wyrażania, gdyż ponoć mamy radość w głosie mimo smutku, który w nas jest. Oczywiście, smutek jest w nas nie przy dziecku, gdyż dziecko jeszcze nie potrzebuje smutku, żeby rozwijać w sobie wrażliwość, o którą nam chodzi, ale nie wiemy, czy słusznie nam chodzi, gdyż wrażliwość utrudnia życie w tym nowym lepszym, niż znaliśmy, świecie.
Jak, nie przymierzając, staroświecki dobór partnerów do małżeństwa.
Add a comment