Nadszedł i jest
Dzień był równie zwyczajny i szary jak poprzedni, ale cóż… tylko takie dni mi już pozostały. Z rana było rano i podobnie, a wręcz identycznie, tyle, że godzinowo później, bo zaspałem, a mimo to zwierzęta zachowały stoicki spokój i higienę. Dlatego je wypuściłem nieco opryszczony wyrzutami sumienia i poświęciłem się, zwlekając fizjologicznie.
Nieco bolało, lecz co tam, dobry człowiek we mnie zniósł to bez skargi, choć z jękiem.
Kawę i te tam, po raz drugi od wczoraj, udało mi się wykonać bez uszczerbku dla siebie i domowych dekoracji, i mam poczucie wchodzenia w nawyk.
Nałogiem jest kawa, ale nieszkodliwym i kobiety, które mam na myśli, ale tylko tam.
Dzień ten szary i zwyczajny, jak każdy inny, wypełniłem czynnościami wykonywanymi za pomocą kończyn, w tym jednej już na wykończeniu.
Rąbiąc drwa.
Ugotowałem obiad, z przyzwyczajenia i to był krupnik, którego dawno nie było, ale wyszedł nieźle, choć maczałem w nim palce (metaforycznie rzecz jasna).
Tak bywa czasem.
Robiłem jeszcze różne inne, podobnie bezwartościowe rzeczy, bez głębi i doniosłości, myśląc przy tym różnie i nieinteresująco.
Wtedy nadszedł mrok.
I jest.
Add a comment