To, co się dzieje w okolicy po ociepleniu zaprzecza hipotezie o inteligentnym projekcie. Bo, co? Bo, to. Topniejący niespiesznie śnieg odsłania wszelkie możliwe obrzydlistwa przyrody. I wcale nie mam tu na myśli poczłowieczych resztek, którymi tak obficie zaścielamy naszą przestrzeń życiową, zasypując przy okazji przestrzeń innych stworzeń. Gdziekolwiek śnieg zniknie i na jego miejscu pojawi się ciemna, czasem bulgocąca łata zgnilizny widać, jak niedopracowany estetycznie jest projekt tej pory roku, czy – prościej mówiąc – czasu przemiany zimy w wiosnę. Nawiasem mówiąc, gdy tak patrzę i patrzę na to, co widać w tych miejscach, to zaczynam rozumieć swoją zwierzęcą niechęć do „Przedwiośnia” – Nic o takim tytule nie mogło zachwycić. Wychodząc z nawiasu, czyli wracając między drzewa – bo z sadu są moje obserwacje, ale można je śmiało przenosić na inne grunty - to te pierwsze plamy otrząsającej się ze śniegu ziemi są, jak parch na skórze, a wydawało się, że śnieżna kosmetyka powinna dobrze wpływać na jej cerę. Celowo pomijam opisy owej ohydy, bo pierwsze: niesilny jestem w opisach przyrody, które zawsze omijałem przy czytaniu, a po drugie, które jest bardziej pierwsze, niż to po pierwsze, to czy chcielibyście czytać o rozkładających się truchłach stworzeń o niezidentyfikowanej tożsamości – na przykład? No wiem – sądząc po poczytności artykułów o wszelkich szczątkach znajdowanych to tu to tam, chcielibyście, ale to nie ten blog i nie ta estetyka.
No, nie ten i nie ta.
Dopisek redakcyjny: Wpis dzisiejszy jest wpisem wczorajszym, którego nie mogłem opublikować z powodu braku dostępu do sieci, a potem (gdy dostęp nastąpił) o nim zapomniałem, publikując co innego.

zrodlo: Tylko pozory i iluzje