Jechałem autobusem, a dawno temu to było, że pamiętać strach, choć już mi mówiono wówczas “pan” w sytuacjach towarzyskich, ale z umiarem. Z umiarem mi mówiono, czyli nie przy każdej sytuacji towarzyskiej, ale, od czego to zależało, wiedzieć raczy ten, kto raczy wiedzieć zawsze.
Jadąc, tamtego razu, autobusem, siedziałem sobie na drugim siedzeniu od wejścia i po tejże stronie, co wspominam mimo braku znaczenia w opowieści.
Dla rozwleczenia.
Siedząc, dosyć niekulturalnie, bo na brzegu, przez co zajmowałem, nie siedząc na nim, również miejsce przy oknie, gapiłem się przez szybę na niespiesznie przesuwający się krajobraz, oglądany bez zainteresowania, bo znajomy.
Kątem oka policzyłem psy w schronisku dla zwierząt, które minął autobus ze mną w sobie zawartym, notując, że dwa ubyły i myślałem przez sześć kilometrów, czy znalazły nowych przyjaciół, czy zdechły i uznałem to pierwsze, bo były piękne i z daleka czuć było od nich rasę, prócz zwykłego psiego zapachu.
Uspokojony tą myślą, że są dobrzy ludzie na świecie, rozparłem się na siedzeniu z niemałą satysfakcją, ale zaraz mina mi zrzedła, bo zostałem zagadnięty:
- Może by mnie pan tak przepuścił, bo jestem niepełnosprawna, a to jest dla nas miejsce!? Głos był ostry, charakterystyczny (tak piszę, bo tak być powinno, a kto wie, jak było?). Będąc, wtedy, jeszcze nie do końca porządnym człowiekiem, najpierw zerknąłem na szybę i rzeczywiście był na niej znaczek - miejsce dla inwalidy. Uśmiechnąłem się, więc, prawie promiennie, i odparłem: - Ja też, proszę, będzie nam raźniej. - I bawi to pana? - Teraz głos był na pewno ostry i charakterystyczny, jak to w złości użyty. Nie umiem błyskotliwie ripostować, więc myśląc gorączkowo nad ciętą odpowiedzią ładnej (bądź, co bądź, choć nie wspomniałem, dziewczynie), po prostu wstałem i z pałającymi policzkami, milcząco szukając słów, ustąpiłem miejsca, a raczej udostępniłem możliwość jego przez nią zajęcia. Milcząc i pomagając sobie rękoma, bo musiała jedną nogę sobie nimi przesunąć (miała ograniczone zdolności ruchowe), usiadła dosyć niezgrabnie, ale z wdziękiem, co wcale nie jest sprzeczne, gdyż pamiętam, iż tak było. Przy tym, spostrzegłem, że jej też policzki pałają, jak wiecie co, bo przecież często napomykam z braku innych porównań. To sprawiło, że moje jeszcze bardziej się rozpałały i siadając, czułem samczą satysfakcję, ale pozbawiony byłem kontenansu. Tak autobus przejechał następne sześć kilometrów znanego mi krajobrazu, w tym widok rzeki słynnej z meandrów (kto wie, to wie), a my milczeliśmy, pałając. Ukradkiem, choć nieoględnie, ciskaliśmy w siebie spojrzeniami, udając, że nawzajem ich nie zauważamy, dopiero: - A co ci jest? - Zapytała z policzkami tak pałającymi, że aż się jej oczy rozpaliły, wiadomo czym - ogniem, jak cholera! Niewstydliwie, powiedziałem prawdę, trochę koloryzując i też zaświeciłem ślepiami, jak wilk w rui (chyba wtedy mu świecą się ślepia?), że pałałem, jak wiadomo co, nie warto przypominać. W szczerej, niebanalnej rozmowie minęło następne sześć kilometrów pejzażu za szybą, ale go nie pamiętam, bo byłem zagadany. Kiedy wysiadałem, policzki mi już nie pałały, oczy nie płonęły, ale nie mogły.
Miałem je pełne łez bez powodu.

zrodlo: Tylko pozory i iluzje