Percepcja masala movies na tle kina kultu - cz. 2
Część druga i ostatnia, nie zmieściło się w całości… (część pierwsza tutaj)
***
W przypadku kina kultowego znaleziono idealne wyjście z podobnej sytuacji: pokazy odbywały się w nocy. Stąd też filmy, których seanse zazwyczaj zaczynały się o godzinie dwudziestej czwartej dostały miano midnight movies.[11] Jednak pokazy filmów kultowych odbywały się w nocy przede wszystkim z powodu przekonania o nieopłacalności wyświetlania ich w normalnych porach.
Z takiego samego założenia wobec kina południowoindyjskiego (wspomniany na początku Tollywood i Kollywood) wychodzą polscy dystrybutorzy[12]. Dlatego też fani postanowili sami organizować kinowe seanse filmów z tamtego rejonu Indii właśnie w nocy. Najpopularniejsza tego typu impreza to odbywający się w Łodzi cykliczny maraton pod hasłem „Witaj Kolly, Witaj Tolly…”, na który zjeżdżają fani tej kinematografii z całej Polski.
Bollywoodzka masala zadomowiła się w Polsce już jakiś czas temu. Obecnie nikogo chyba nie dziwią filmy w języku hindi na sklepowych półkach. Dlaczego więc nie zaakceptowano na większą skalę kina tamilskiego i telugu? Powodów może być kilka.
Przede wszystkim standardowa południowoindyjska masala wyróżnia się dużą dozą brutalności. Podstawowym argumentem w sporze pomiędzy pozytywnym, a negatywnym bohaterem jest tutaj… maczeta. Połączenie takich krwawych scen z wątkiem miłosnym rodem z komedii romantycznych, a na dodatek doprawienie wszystkiego musicalowymi wstawkami nadal jest dla przeciętnego polskiego widza szokującym kolażem estetycznym.
Na przeszkodzie popularyzacji Kollywoodu i Tollywoodu w Polsce stoi także polityka. Wśród mieszkańców południowych Indii dominują poglądy socjalistyczne (czy wręcz komunistyczne), czemu filmowcy często dają wyraz w swoich dziełach. Najbardziej jaskrawym przykładem jest chyba tollywoodzki film o tytule… Stalin (2006, reż. A.R. Murugadoss). Nie jest on bynajmniej biografią radzieckiego przywódcy, nie nawiązuje też w żaden sposób do jego życia. Główny bohater odziedziczył po nim zaledwie imię, ale ciągnie ono za sobą szereg skojarzeń. U nas nie do przyjęcia, zwłaszcza, że filmowy Stalin przedstawiony został jako wcielenie cnót wszelkich i ideał obywatela, który zrobi wszystko dla dobra społeczeństwa. Co ciekawe, nie przeszkodziło mu to w efektownym mordowaniu zbirów stających na drodze do zaprowadzenia ładu społecznego.
Oczywiście nie każdy południowoindyjski film zawiera socjalizujące treści, jednak duch tej idei unosi się nad sporą częścią tamtejszej kinematografii.
Trzecia przyczyna, dla której południowe masala movies opornie adaptują się na polskim gruncie wydaje się dość błaha: jest nią odmienny od naszego ideał męskiej urody. O ile bollywoodzcy herosi dopasowują się do standardów kina zachodniego, o tyle bohaterowie kolly- i tollywoodzcy zupełnie do nich nie pasują. Noszą wąsy, a często i ich waga znacznie przekracza przyjęte u nas normy.[13] Aktorzy o takiej aparycji w produkcji z Hollywood dostaliby co najwyżej rolę obleśnego wujka; w Kollywood i Tollywood grają głównych bohaterów, do których wzdychają filmowe heroiny. Interesujące, że ideał urody tychże wcale nie różni się od zachodniego ideału kobiecego piękna.
Tak więc, podobnie jak niegdyś nieakceptowane przez ogół społeczeństwa amerykańskiego dzieła kultowe musiały ukrywać się w mrokach seansów o północy, tak na gruncie polskim południowoindyjska masala musi zadowolić się miejscem na fanowskich maratonach.
***
Wielopoziomowa interakcja pomiędzy widzami, dziełem filmowym, a pośrednio także twórcą tego dzieła, nie może się oczywiście obyć bez intertekstualnych odniesień. Są one nieodzownym elementem zarówno kina kultu, jak i masala movies . W środowisku bollymaniaków żartuje się, że porządny indyjski film nie może się obejść bez nawiązania do legendarnego Sholay (1975, reż. R. Sippy). Drugim, bardzo często przywoływanym tytułem jest wspominany już Dilwale Dulhaniya Le Jayenge.
Te konteksty rozpoznawalne są dla każdego fana masali. Ale filmy często bywają naszpikowane odniesieniami tak gęsto, że nawet największym znawcom trudno wszystko rozwikłać (idealnym przykładem takiego dzieła jest Om Shanti Om , którego fabułę osadzono w środowisku bombajskich filmowców). Fani prześcigają się więc w odkrywaniu co raz to nowych nawiązań, podtekstów, aluzji. Dzięki temu atmosfera sali kinowej przenosi się daleko poza nią, wkracza wręcz w codzienne życie. W rozmowach bollymaniacy żonglują cytatami z filmów, często nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Charakterystyczne stało się wymawianie, wzorem filmowych bohaterów, angielskiego słowa sorry przez i na końcu [sor’i].
Odbiór kultowy zakłada zatarcie się granicy pomiędzy rzeczywistością filmową, a rzeczywistością sali kinowej. Tutaj do czynienia mamy z kolejnym etapem tego procesu: rzeczywistość ekranowa, która podczas seansu zaistniała w jakiś sposób i na sali, wydostaje się razem z widzami poza nią.
Interesującym aspektem tego zjawiska jest swego rodzaju „fetyszyzm” panujący wśród wielu fanów. Największym zapaleńcom nie wystarcza posiadanie ogromnej kolekcji filmów z idolem w roli głównej na półce, czy plakatów na ścianach. Zwłaszcza żeńska część publiczności dąży do posiadania strojów albo w indyjskim stylu, albo z nadrukowanym wizerunkiem idola.
Ekstremalnym wyrazem wierności idolowi jest rytualny… ślub, odbywający się najczęściej podczas seansu filmu z idolem w roli głównej. Co ciekawe, fanki (bo „ślubów” u fanów płci męskiej nie odnotowałem) nie mają nic przeciwko swojemu wielożeństwu, dlatego też często jedna fanka posiada wielu mężów-idoli. Odwrotna sytuacja jest natomiast usankcjonowana zwyczajowym prawem: żeby „ślub” był ważny, kolejna fanka „żonatego” idola musi poprosić o zgodę jego obecne „małżonki”.
Jednak fetyszyzm nie objawia się u bollymaniaków tylko i wyłącznie w kulcie idola. Ważne stają się także artefakty związane z konkretnym filmem, czy typem filmów. Tak jak fani Gwiezdnych Wojen (1977, reż. G. Lucas) marzą o posiadaniu własnego miecza świetlnego, tak fani kina tamilskiego i telugu pragną mieć własną maczetę. Podobnie jak po premierze Matrixa (1999, reż. A. i L. Wachowski)[14] furorę robiły wykorzystane w filmie telefony Nokia 8110, wśród fanów filmowej masali popularna jest Motorola V6, używana przez tytułowego bohatera filmu Don (2006, reż. F. Akhtar). Warto wspomnieć również o coraz popularniejszych warsztatach tańca, opartych na układach z filmów masala.
***
Jak już wspomniałem na samym początku, nie zamierzam oceniać zaprezentowanych tutaj zjawisk. Dla fana będą one nieodłączną częścią jego życia. Być może tylko eskapistyczną rozrywką, która jakoś wpisała się w rytm jego egzystencji, być może czymś więcej. U postronnego odbiorcy najpewniej wywołają uśmieszek politowania, a może i niesmak, czy zażenowanie. To już kwestia indywidualnej oceny.
Faktem jest natomiast, że coś w percepcji masala movies się zmieniło. Umasowienie Bollywoodu[15], jeszcze przed rokiem będącego u nas zjawiskiem niszowym, sprowadziło do kin falę nowej widowni, która wykazuje opór w adaptowaniu zachowań zaangażowanej grupy odbiorców.
Sytuację tę można było zaobserwować na 4. Bilecie do Bollywood w Katowickim kinie Światowid. O ile seanse podczas poprzednich edycji zostały zdominowane przez fanów, którzy niejako narzucili styl odbioru reszcie publiczności, o tyle podczas tegorocznego przeglądu żywiołowe reakcje bollymaniaków już w zalążku stłumione zostały przez grobową ciszę nieuświadomionej części widowni.
Czyżby więc, wzorem amerykańskiego kultu filmowego, kult masala movies odchodził powoli w zapomnienie? Zakładając wskazane przeze mnie analogie między tymi dwoma zjawiskami, byłoby to oczywistym elementem tej symilarności. Masowość przekreśla kultowość. Więc przeminie albo ta pierwsza (zakładając, że Bollywood na dużą skalę jest w Polsce tylko chwilową modą), albo ta druga (jeśli m asala movies zadomowią się u nas na stałe).
***PRZYPISY
[11] A. Pitrus: Kino kultu…, s. 9-10.
[12] Do szerszej dystrybucji sklepowej trafił tylko jeden film z Tollywood – Athadu: Poszukiwany (2005, reż. T. Srinivas). Jako wkładkę do jednego z popularnych magazynów dołączono kollywoodzki Bombay (1995, reż. M. Ratnam), który jednak trudno zaliczyć do grona filmów masala.
[13] Oczywiście i tutaj są wyjątki, jak choćby gołowąs Mahesh Babu, gwiazdor wspominanego w poprzednim przypisie Athadu.
[14] Wymienione przeze mnie filmy, choć nie należą stricte do kina kultu, nie są przypadkowe, gdyż wiąże się z nimi odbiór kultowy.
[15] W 2008 roku do Polski trafiło 78 filmów z Indii, z czego 41 miało premierę jako dodatki do czasopism lub gazet. Dla porównania od 2004 o 2007 na półkach polskich sklepów zjawiło się ich zaledwie 25.
Add a comment