Pięć lat temu spędziłam na Ukrainie prawie dwa miesiące. Z niedługą przerwą między II turą głosowania a dogrywką, zwaną po prostu III turą. To było przeżycie porównywalne z naszym festiwalem pierwszej Solidarności.

Rozpadła się polska solidarność. Wyparowało ukraińskie marzenie o świetlistej, pomarańczowej szczęśliwości. Zawodzą ludzie. Ich żądza władzy. Egoizm. Kłótliwość. Brak kompetencji. Chciwość. Po prostu ludzka małość.

Ale ziarno zostało posiane. I u nas. I tam? Czy myśmy mieli więcej szczęścia? Wszak po dziewięciu latach Solidarność wydała plon. Ukraińska gleba jest nieporównywalna - argumentują rozmaici eksperci. Inna gra, inna stawka!

Ostatni raz byłam tam przed dwoma laty. Ukraińscy przyjaciele nie kryli rozczarowania. Najgorsze - żalili się - że nie sprawdzają się demokratyczne instytucje. Znowu stajemy się narzędziem w rękach wielkich i mniejszych manipulatorów. I tych rodzimych, i zewnętrznych. Ludzie tracą wiarę i nadzieję …

Czy po pomarańczowym zrywie rzeczywiście nic nie zostało? Nie wiem.

Wciąż mam nadzieję, że Ukraińcy nie przegrają ostatecznie swojego Majdanu tak jak nasi ojcowie przegrali nasz - czytam w GW wypowiedź młodego rosyjskiego opozycjnego polityka Ilji Jaszyna.

Ja mimo wszystko też mam taką nadzieję. Nawet jeśli biało-czerwona solidarnośc czy pomarańczowe “razem nas bohato nas ne podołaty” zdarzają się w życiu narodów niezmiernie rzadko. Cynik powiedziałby: w demokracji prawie nigdy, chyba że jest ona zagrożona.

 

zrodlo: Zderzenia, zdarzenia