Opowiem Wam niezwykłą historię prosto z życia, a nawet z samej autopsji. (Nie wiem, co to znaczy, ale podoba mi się brzmieniowo. Taki dostojny i patetyczny wydźwięk jest w tej frazie.) Siedziałem sobie przed komputerem i rozmawiałem z sympatyczną osobą za pomocą prostego komunikatora, a wczoraj to było właśnie, w pierwszym dniu tygodnia, gdy przyszli do mnie dwaj kumple, więc razem było nas trzech, ale, niestety, każdy ma inną grupę krwi, więc już w tym zaczęło coś zgrzytać i nie było harmonii. Kumple przyszli tak sobie, więc zupełnie się ich nie spodziewałem, co już było niezwykłe, gdyż nie są moimi sąsiadami, a tylko sąsiad przychodzi do mnie niespodziewanie, lecz nie zaskakująco, bo wiem, iż po nim spodziewać można się wszystkiego, prócz rozumu, a najbardziej tego, czego nikt by się po nim nie spodziewał. Ci dwaj kumple przyszli, usiedli i zaraz zabrali się za jedzenie, bo okazało się, że są przed obiadem – jak i ja zresztą – a, że zaczął się Wielki Tydzień, to u nich post, więc jedli na zapas. I objedli mnie do cna z obiadu i zrobiłem się trochę markotny, bo nie planowałem wcale postu ani choćby wstrzemięźliwości, bo te zostawiam zawsze na wtedy, gdy nie mam co do gęby włożyć , a nie na wtedy, gdy mam i oczy żarłocznie się pasą , a brzuch burczy gniewnie. Moich kumpli wcale nie zażenowała taka sytuacja i mlaskali apetycznie, dopytując się jeszcze, czy mam co do popicia , bo im się w gardle zatyka. Z nerwów dałem im piwa bez mojego towarzystwa, bo jak pościć, to pościć - pomyślałem sobie niezbyt religijnie, bo jakoś tak bardziej ze złością i podjąłem postanowienie, że skoro tak, to będę pościł cały tydzień aż do głodu, co może mi wyjść na korzyść, bowiem … wiadomo. - Ależ ty masz samozaparcie! – Niby podziwiali mnie kumple, ale tak naprawdę, to cieszyli się żarłocznie objadając mnie z obiadu, a nawet z resztek, bo i tych nie zostawili, dając psom, które, zwyczajowo siedziały bezwstydnie czekając na to, co im skapnie ze stołu. Machnąłem ręką wieloznacznie, aby nie ujawnić, że płakać mi się chcę i niczego innego żeby nie ujawnić, w tym, złości właśnie. A potem miałem jednak trochę satysfakcji, bo słuchaliśmy transmisji z żużla i nic już im więcej nie dałem, oprócz kawy, ale oni nie są jej smakoszami i czuli się trochę, jak ja, czyli głupio. I na tym mógłbym zakończyć tę, w sumie, smutną historię prosto z autopsji, gdyby nie wieczór, który nadszedł za jakiś czas. Wieczorem zaś przyjechali rodzice synowej i okazało się, że ubili wieprzka. Czy jesteście w stanie pojąć, jak ja się czuję? Lodówka pełna mięsiwa, a ja …
A ja podjąłem postanowienie i poszczę…

zrodlo: Tylko pozory i iluzje