Jednak przybyła.
Nikt już właściwie na nią nie czekał, ale się zjawiła.
Zima.
Niczym młoda poetka o chabrowych oczach na wieczór autorski w zapadłej wiosce, której autobus nie dowiózł na czas, bo się prozaicznie rozkraczył, niczym osioł, na wyboistej drodze i niedoszli czytelnicy, mający pierwej być słuchaczami poszli do domów, nie żałując wcale, że poetka nie przyjechała, bo ani jej, ani jej wierszy nie znali.
I dobrze, gdyż zdążyli się jeszcze napić piwa, nim sklep zamknięto przed zmierzchem.
Tylko ja czekałem na poetkę o chabrowych oczach, chociaż też nie znałem jej wierszy, ale znałem jej chabrowe oczy, które zobaczyłem wcześniej przelotnie, będąc przypadkowo w powiatowej knajpie, gdzie czasem pijali poeci.
I to była poezja najwyższego lotu – te oczy jej chabrowe.
Utonąłem w nich bez tchu i zakochałem się we wszystkich wierszach świata, bo zrozumiałem, że tylko podniosłe metafory zdołają unieść moją tęsknotę za chabrowym spojrzeniem.
Dlatego, upiwszy pewnego, kiepskiego prozaika, ale znajomego poetki, wprosiłem ją sobie na spotkanie autorskie w naszej wiejskiej świetlicy pod pozorem byle jakim, rozsnuwszy iluzję tęsknicy poetyckiej, która opanowała serca młodzieży spracowanej żniwami, czy zbiorem kartofli – nie pomnę.
I zostałem przyjęty.
Och, tak się właśnie poczułem, jakbym został przyjęty przez kobietę moich marzeń, stając się narzeczonym, gdy wytrzeźwiały pisarz powiadomił mnie, iż poetka zaproszenie przyjęła i zjawi się w mojej wsi wtedy, a wtedy.
Nie było mi trudno zebrać zgraję młodych, znających pismo, bowiem liczono się nieco w wiosce z moim zdaniem.
Tyle, że ten autobus się rozkraczył prozaicznie…
A jednak poetka przybyła. Nie wiem, w jaki sposób odnalazła świetlicę, bo nikt po nią nie wyszedł i drogi nie wskazał.
Może drogę pokazała jej poświata z okien świetlicy, bo były to jedyne oświetlone okna w całej szkole (gdyż w szkole była świetlica), a może moja nieustająca tęsknota za jej chabrowymi oczami rozścieliła się na dziurawej drodze fosforyzującym dywanem i dzięki temu nieomylnie trafiła tam, gdzie trafić powinna. Nie wiem, nie pamiętam.
Nie pamiętam, bo jakoś mi przecież opowiedziała odyseję swojego przybycia.
- Nikogo już nie ma… - Szepnęła, gdy stanęła w drzwiach, ale w jej głosie tylko w połowie pierwszego słowa brzmiał smutek.
- Ja jestem. – Odpowiedziałem zwrotem, który na resztę życia stał się moim rozpoznawczym truizmem.
Wtedy jednak zabrzmiał naprawdę poetycko i chabrowe oczy rozbłysły światłem, przyćmiewając to żółte, elektryczne.

Wkrótce zbędne. 

zrodlo: Tylko pozory i iluzje