Przybył do mnie Przychodzeń. Przybył z samego rana, jak słońce i był jakiś inny. Inny od tych, którzy przychodzili przed nim. I nie dlatego, że przybył, a nie przyszedł. Był inny, bo powolniejszy. W ruchu, w mowie, w myśli i w opisie. Nie rwał się, nie szarpał, nie niedokończał, tylko wywodził, mówił i dyskutował pełnymi zdaniami, niejednokrotnie, złożonymi. Myślał takoż w sposób wyważony i spójny, podokończany i kompletny. Zaskoczył mnie, jednym słowem. Moim jednym, porwanym, potarganym, zalęknionym. Nie zważał na to i niespiesznie spacerował po moim podwórku mówiąc. - O, słońce fantastycznie przebija przez listki tej brzozy. Och, jak fantastycznie, zauważyłeś pan? I mówiąc to, dalej spacerował w obrębie cienia brzozy, przez której listki fantastycznie przebijało słońce. Zadzierał głowę i spoglądał w nie, to słońce, i zachwycał się, i mówił, jakie to zachwycające, że te słońce. Powiedział: „te” i znowu mnie zmylił, jak na początku, gdy przybył taki inny od poprzednich. Teraz znowu z tym „te”. Znowu zmylił. Zastanawiałem się, o co mu chodzi. Dlaczego mnie tak myli i dlaczego tak inaczej się zachowuje, jak nie Przychodzeń, zupełnie nie jak Przychodzeń. Czy on w gości przybył? Myślałem gorączkowo chodząc za nim cień w cień, bo wciąż w tym cieniu, tej brzozy i w tych listków, przez które to, czy te, nie wiedziałem, słońce fantastycznie przebijało. Wciąż przebijało, a przecież to był dopiero ranek. Jeszcze świeży, jeszcze wilgotny, jeszcze parujący i cokolwiek ospały, jeszcze aromatyczny, jak pościel po kobiecie, która odeszła, aby nie wrócić, i tylko ten zapach po niej, aromatyczny, jak poranek. Leniwy, ale rześki przez smutek niepowrotu, rozstania i żalu nostalgicznego. Zapach, zapach, ach ten zapach tęsknoty. Mi takie myśli latały po głowie, jak latawce, czy motyle, bo nie ptaki, bo ptaki jeszcze spały o poranku, a on chodził w tym cieniu i wciąż się zachwycał nieustannie, i nieprzerwanie. Tym samym. Tym słońcem, tymi listkami i mówił o tym, i mówił, i słów mu nie brakowało, a przecież tych listków nie było tak wiele, zaledwie z tysiąc, może dwa, albo niech i sto tysięcy, ale cóż to przy całym sadzie pełnym listków różnych, małych dużych, płaskich i podwiniętych, wąskich i szerokich, krągłych i spiczastych, zielonych jasno i ciemno, i żółtych już, bo jesień się skrada. - Jesień już się skrada. – Powiedział, jakby smutno, wkradając się nagle do moich latających, jak latawce, myśli, a może już, jak liście opadające, bo tak mi jakoś zwolniły i zdawały się szybować opadająco, gdy on się wkradł. W myśli moje się wkradł, ale zaraz z nich wyszedł taktownie i przepraszająco się uśmiechnął, i znowu mówił o tych listkach, i tym słońcu, które mnie już nużyć zaczęło, bo zdawało się być gorętsze i kłujące, a nie miałem czapki przed udarem, ani koszuli, bo tak do niego z pościeli wyszedłem, gdy przybył. - A słońce jeszcze parzy… - zawiesił głos i zamilkł, co dla mnie było, jak obuch z nieba na łeb, ale się otrząsnąłem, gdy myśl mi nadleciała, ta myśl o skradającej się jesieni i skinąłem. Tym łbem moim skinąłem i on uśmiechnął się znowu. Nostalgicznie się jakoś uśmiechnął, jakby ta moja nadlatująca myśl o jesieni i jego dotyczyła, a dotyczyła, bo przecież on ją wypowiedział pierwej, nim ja pomyślałem. - I te listki opadną wkrótce też – powiedział.
Te właśnie:

zrodlo: Tylko pozory i iluzje