Spotkanie cywilizacji
Siedzę na ławce z przymkniętymi oczyma, chroniąc powiekami źrenice przed nadmiarem słonecznych promieni. Na nic dziwnego przygotowany nie jestem i moje myśli płyną luźnym strumieniem świadomości po bezdrożach idiotyzmu. Nic się nie dzieje, tylko nagle Słońce gdzieś znika. To nawet lepiej, nareszcie mogę otworzyć oczy. Zaskakuje mnie widok postaci naprzeciw. Wymieniona postać zauważa moje zauważanie i milcząco kiwa głową. Odpowiadam tym samym i postać - widocznie ośmielona - zbliża się do mnie, chociaż bardzo powoli i jakby z niejakim lękiem. - Siadaj stara! - Mówię, żeby ją ośmielić albowiem postać okazuje się kobietą. Skwapliwie spełnia moją propozycję i siada obok z głębokim westchnieniem ulgi, co mnie poniekąd dziwi, ale nie okazuję. Nieuważnie stwierdzam, że nawet kurtka nie jest w stanie ukryć jak wielka jest ulga postaci, bo ekler się rozpiął. Znowu mrużę oczy i milczę (Słońce!). Za chwile jednak muszę je otworzyć, bo moja sąsiadka coś mówi a ja z zamkniętymi oczami umiem słuchać tylko muzyki. Pierwsze zdanie wydaje się idiotyczne: - Pierwszy kontakt! Pierwszy kontakt! - Słyszę. Zostało to wypowiedziane jakby z entuzjazmem. Na wszelki wypadek (aby nie wyjść na idiotę) mówię: - Ma pani rację, pierwszy od początku… - Od początku świata - wpada mi w słowo interlokutorka - czy to nie fenomenalne?! - Rzekłbym nawet, że bardzo - mówię, aby coś mówić. - Nazywam się Astra i jestem z Gwiezdni - przedstawia mi się postać i wzbudza we mnie lekkie zdumienie, ale aby nie pozostać dłużnym, też się przedstawiam: -Mark Otny, jestem z Melancholii. - Cieszę się! Bardzo się cieszę! - Facetka naprawdę sprawia wrażenie zadowolonej. Nie wiem jeszcze, z czego i to mnie nieco niepokoi. Chyba coś wyczuła, bo pospiesza z wyjaśnieniem. - Jest pan pierwszym Ziemianinem, którego spotkałam i ten pierwszy kontakt między cywilizacyjny bardzo mnie wzruszył. Jestem z bardzo odległej planety, której słońca stąd nie widać nawet jako maleńkiej gwiazdy. Mam niejakie wątpliwości, co do swojej cywilizacyjności, ale podejmuję dialog światów. - Przepraszam, ale skąd zna pani mój język? - Pytam, bo faktycznie mam prawo się dziwić. - Wcale nie znam. - Jak to? To, po jakiemu my ze sobą gadamy? - Telepatycznie, myśli nie potrzebują żadnego języka. Są sygnałami uniwersalnymi. - Wydaje mi się to niemożliwe, bo w takim razie powinienem dogadać się nawet z psem. - Nie wiem, co to jest pies. - Eee… Takie bydlę - mówię, bo nie mam pojęcia jak opisać psa. - Acha… Widzę jednak, że babka nie rozumie także, co oznacza “bydlę”. To by się zdziwiła gdybym jej zaczął tłumaczyć. Tyle bydląt jest na tej naszej Ziemi, że aż strach ogarnia niebydlaka. - Widocznie pies nie nadaje na twojej długości - stwierdza Astra, nagle bardziej poufale. - Jakiej długości? - Niepokoję się. - Długości fal - uspokaja mnie natychmiast. - Acha, kapuję, a pani potrafi na mojej długości, Astro? - Ja umiem w pełnym zakresie. - To zna pani myśli wszystkich swoich kumpli kosmitów? Nawet o swoich…- Tu odwróciłem wzrok od górnej części jej tułowia. - Albo o swoim starym? - Skądże, to byłoby nie do zniesienia. Poznaje tylko te myśli, które zostaną do mnie nadane. – Odpowiada z nagłym rumieńcem. - Tak jak w radiu? - Tak słyszałam wasze radio. Jest jeszcze bardzo prymitywne. - Dobre i takie, bo lepsze niż żadne - stwierdzam sentencjonalnie.
W tym momencie okazało się, że jestem sam. Po raz kolejny zmrużyłem oczy i skierowałem swoje myśli ku sprawom ogólnoludzkim.
Zabolała mnie głowa - zasnąłem.
Add a comment