Widok z góry
Wyleźliśmy na szczyt i ja oczywiście padłem jak sznyta, jak to się mówi nieliteracko, za to zrozumiale, a on usiadł i nawet plecaka nie zdjął z pleców, bo, z czego zdejmuję się plecak, pytam, no, z czego? Właśnie! Mój plecak sam ze mnie spadł, bo wcale nie był na moich plecach, tylko na całym mnie, sadząc po tym, jak mi ciążył, więc kiedy ja padłem nieliteracko, jak sznyta, mój plecak ze mnie spadł, a może i zleciał nawet z impetem, bo menażką zadzwoniła, jak dzwonek na owczej szyi. Tak mi się wówczas zdarzało, że jak mi się, co zdarzyło, to jebut! – że się wyrażę nieskrępowanie. Wtedy, gdy plecak ze mnie spadł, czy zleciał, w każdym razie … no! – Oczywiście rozpiął się ze wszystkich zapięć i – jak na zawołanie – wypadła z niego książka, którą wówczas dla pychy nosiłem wszędzie, gdzie bądź, choć gruba, jak diabli i nie wiadomo, o czym. Tytuł jednosłowny, a napisał, to taki jeden Irlandczyk, który miał takiego zajoba ( bez złości nie umiem o tym mówić), że jak napisał, to ni hu hu , zrozumieć. Krótko mówiąc, ile by się człowiek nie nachodził z tą epopeją, to i tak by zrozumienia nie wychodził. Bo to jest tak, że bohater sobie chodzi i myśli, i gdzieżby się go nie naszło, to on myśli i chodzi. Niektórzy uważali, że to jest przewodnik po knajpach i chyba coś w tym jest, ale ja wcale nie to chciałem opowiedzieć, tylko, co innego, ale ze mną też tak jest, że jak idę to myślę, a jak myślę, to piszę, a jak piszę, to jakbym szedł pod górkę zakosami, omijając zaczepne gałązki jedliny i kosodrzewiny, jeśli wyżej. Trochę prosto, potem skok w bok nad wykrotem, tu unik przed motylem, by ze skały nie strącił skrzydłem roztrzepanym, czasem hyc, zajęczy skok przez potoczek, nim wielką rzeką się stanie i tak krok za krokiem, skok za skokiem - nie wiadomo, po co. Tak, to, ani chybi, jest. Spadł ze mnie plecak, wypadła zeń książka, a on zmarszczył brew i podejrzliwie obrzucił mnie spojrzeniem głębokim, jak Morskie Oko, sięgając po ów rozpasany tom, jak na złość, tytułem na wierch upadły. Przekartkował leniwie, a kiedy on kartkował, ja łapałem oddech, bo o odzyskaniu sił, nie próbowałem choćby marzyć. Przeżyć! Przeżyć! – To miałem wyłącznie w głowie. - To takie rzeczy czytasz? – Zapytał mnie bez ciekawości. Mogłem nie odpowiadać i wiem, że nie ponowiłby pytania, albowiem nigdy dwa razy nie pytał o to samo. Nie miałem jeszcze sił na rozmowę, więc tylko pokiwałem głową ni tak, ni siak, bo właściwie nie miało sensu mówienie, że czytam, skoro ani w ząb nie rozumiałem tego, co czytałem. - Myślisz, że jak taką mądrą księgę przeczytasz, to dowiesz się czegoś? – Teraz on, w konwencji mojej mimicznej wypowiedzi, ni to spytał, ni to stwierdził. - A, nie? – Pozostałem w tej konwencji. - A, nie! – Odpowiedział. I zaraz potem, w zgodzie, popijając chłodne piwko, popatrywaliśmy sobie w dół, bo widok był nieziemsko piękny.
Jak to z góry.
Add a comment