WIELKA WARSZAWSKA
- bomba poszła w górę! - wydarł się mój ulubiony komentator na warszawskim Służewcu - czyly najważniejsza gonitwa sezonu przed nami! - oldskulowo zmieniając i na y.
Do barierek rzuciły się rodziny lepiące się watą cukrową, starsi panowie z notesami zapisanymi drobnym maczkiem skomplikowanych wyliczeń i strategii, ziomale ciumkający królewskie, wylansowane ostatnie roczniki Kożmińskiego od stóp do głów w Lacoste, panie po menopauzie w słomianych kapeluszach i inni. Faworytem Wielkiej Warszawskiej miał być Merlini, 6 letni ogier. Obejrzeliśmy z Fiołkiem dokładnie koniki na padoku i obstawiliśmy jeszcze młodziaków Sorosa i Zico w porządku 9-6-2. Nieoczekiwanie jednak dla wszystkich gonitwę wygrał Hipoliner, który podobno ostatnio przeżywał złą passę. Zaskoczył i siebie i wszystkich zgromadzonych, wyciągając kopyta na ostatniej prostej i jak strzała pędząc do mety. Rozemocjonowana widownia wyła, piszczała i darła się podniecona.
- ależ uśmiech piekny, jak goń w galopie - piszczał do mikrofonu na widok właścicielki zwycięzkiego konia komentator, wręczając jej puchar. Dotrwaliśmy z Fiołkiem jeszcze do ostatniego punktu programu - gonitwy przeszkodowej. Z początku prowadził Szatan, ale z nieznanych powodów przystanął w połowie zdziwiony i przestał skakać - Ależ pecha ma ten szatan - głosem pełnym współczucia rzucił zmartwiony prowadzący. Konik oddalił się od reszty i schował za drzewem.
Zjedliśmy flaki, wypiliśmy piwo i spotkaliśmy znajomych. Bo na Wielkiej Warszawskiej spotykają się wszyscy. Szczególnie by posłuchać komentatora mówiącego "princes of leone - z angielska".
Add a comment