Przyjazd Eli wprawił mnie w osłupienie i coś w rodzaju dygocącej drżączki. Wiem, wiem, to masło maślane, ale tak odczułem. Powodów było wiele i wszystkie nader ważne. Każdy z osobna był wystarczający, a razem… nie ma co mówić. Ela, to osoba z nieostatnich stron gazet i nierzadka migawka w TV różnych orientacji. Była osobą publiczną, a kiedyś był czas, że była dziewczyną tylko moją i nikt prócz mnie jej nie znał. Tak jej nie znał. Jak wszystko, co było dawno temu, było to piękne, co między nami się zdarzało. Sporo tego było, bo trwało kilka lat w najlepszym okresie. Kiedyś zdobyłem jej przychylność jednym spojrzeniem, a ona moją, swoją odwagą i bezpośredniością. Później, Ela stała się Kimś, a ja odwrotnie. Nie sądziłem, że zachowała mnie jeszcze w najdalszych zakamarkach pamięci. Przyznaję, że ja też nieczęsto o niej sobie przypominałem, chociaż mignęła mi nieraz jej postać w TV lub na gazetowej fotografii. Raz tylko się zasmuciłem, bo okazało się, że ma inne poglądy polityczne niż ja. Lecz kiedy zrozumiałem, że ja już nie mam żadnych, mój smutek minął jak zdmuchnięty płomyk świeczki. Nie miało to i tak znaczenia, bo się nie kontaktowaliśmy. A kiedyś… Kiedyś, ni stąd ni zowąd, pod moją steraną czasem gliniankę podjechał wielki grafitowy samochód i w moim opłotku rozjazgotały się psy. Wyjrzałem bez zaciekawienia za furtkę i zdziwił mnie widok smutnego gladiatora, który z obawą wpatrywał się w Bandziora, naszego przygarniętego kiedyś wilczura. Bandzior był niegroźny, ale bywało, że jednak był. - Panie! - Zakrzyknął gladiator – weź pan to bydle! - Spokój Bandzior! - Powiedziałem ugodowo, bo mi nie zależało na konflikcie, ale Bandzior mnie nie posłuchał. - Nie słucha. - Przyznałem się z zażenowaniem. - Panie, ale ktoś do pana tu jest i wejść musi! - Gladiator niby nalegał, ale jakby był nieco zdezorientowany. Nie wiedział biedak, czy może, czy nie może strzelać. Pewnie też nie był pewny, kto ma być celem, pies czy ja. Z opresji wybawiła go jego szefowa, w czym nietrudno było się zorientować po jego dziwnie powyginanych ruchach, gdy tylko stanęła obok. Oniemiałem, osłupiałem i zamarłem całą swoją osobą. - Wiem, wiem – roześmiała się – jestem piękna, jak zawsze. Musisz inaczej zacząć. - Bogać tam! - wydusiłem ze ściśniętego gardła – wyszczuplałaś zanadto. Nie zwracając uwagi na rozszczekane czworonogi otworzyła furtkę i weszła na moje podwórko. Psy ją obskoczyły, jak miały to w zwyczaju i jej beżowy kostium upstrzył się śladami łap. Nie zwróciła na to uwagi i każdy z psiaków otrzymał swoją porcję głasków. Podeszła do mnie i ucałowała w oba policzki. Jak siostra. - Nie zaprosisz mnie? - Uśmiechnęła się oczami. Otrząsnąłem się i niezgrabnie zaprosiłem do chałupy. W progu przywitała nas moja żona. Badawczo zmierzyła oczami Elę i zręcznie, po kobiecemu, umknęła jej dłoni wyciągniętej w powitalnym geście. Ela, z tą samą zręcznością gest przywitania zamieniła w nieznaczący nic ruch. Obie się, poniekąd, znały, ale niebezpośrednio. Małżonka, Elę znała z wielu zdjęć, które chowały się w nostalgicznych szufladach mojego biurka. Ela, znała moją żonę ze słyszenia. Niestety, nie udało mi się ich nigdy ze sobą polubić. Że brak sympatii wzajemnej trwa, okazało się i teraz. Mimo tego, obie pełne dystynkcji i dobrych manier, których nigdy od żadnej nie przejąłem, rozmawiały ze sobą, jak prezydentowe ościennych krajów na dyplomatycznym raucie. Z ogromnym napięciem czekałem, jakiej formy towarzyskiej będą używać, zwracając się do siebie. W napięciu pozostałem do końca, bo nie używały żadnej. Mówiąc bez przerwy do siebie, zwracały się do nikogo. Na przykład: - Nie jest on już tak przystojny, jak go pamiętam. – To o mnie, Ela, z westchnieniem. - Prawda, wiele, bardzo wiele stracił ze swego powabu. – To żona o mnie. A ja myślę, jaki powab, czy ja dziewka, jaka jestem, by powabem zadziwiać? Nie odzywam się jednak, bo nikt mnie o zdanie nie pyta. Rozbieganymi oczami wodzę i dręczy mnie myśl, co się dzieje? Urodzie Eli nieprzemijającej nadziwić się nie mogę, ale i żona przecież jej nie ustępuje. - Chcę go porwać. – Ela mówi to w przestrzeń, ale na mnie patrzy i roztapia mnie, jak wosk. Nie wiem, czy ulegnę i czy porwanie odbędzie się bezkrwawo. Żona nie znajduje powodów, by mnie zatrzymać i porwaniu zapobiec, ale kiedy nasze oczy się spotkają, odwraca wzrok z lękiem. -To, zrobię kawy. – Mówi i wychodzi, a my z Elą siadamy obok siebie i popatrujemy ukradkiem w oczy. - Co, Elu?– Mówię, onieśmielony dopiero teraz, bo dociera do mnie myśl, że przecież to nie byle kto siedzi koło mnie. Bardzo nie byle kto. To Ela siedzi. - Ty taka piękna… – mówię cicho, choć nie muszę, bo żona na pewno nie słucha. Domyśla się pewnie moich słów, wszak zna mnie, jak nikt inny .- …a ja… - Tak, tak, widzę – uśmiecha się Ela – nie dbałeś o siebie, ale to nieważne. - Dziękuję – uśmiecham się niewyraźnie. - Rozwiodłam się – mówi Ela i nie patrzy w moją stronę – może mieć to jakieś znaczenie?
Nie, nie ma.

zrodlo: Tylko pozory i iluzje