Wolność Tomku, w swoim domku!
Po dwu latach obiecanek i przekomarzania się, zaczął się robić mój osobny pokój. A właściwie można by to nawet nazwać kawalerką. Dwanaście metrów kwadratowych, aneks kuchenny w pokoju. Ba! Nawet łazienka jest. Pamiętam jak spieszyło mi się by mieszkać osobno i nie widzieć spojrzenia spod byka, gdy wchodziłem do byłej meliny.
No… może nie spieszyło mi się… W końcu straciłem nadzieję, że cokolwiek z tego będzie. Najpierw osoba, która to zajmowała musiała się przenieść, a więc trzeba było mu zrobić warsztat gdzie indziej… Tak, mieszkam w byłym warsztacie.
A wszystko zaczęło się gdzieś w okolicach czerwca. Byłego mieszkańca mieli wynieść do końca lipca, a ja już pod koniec sierpnia miałem mieć swoje em-jeden. Oczywiście panowała zasada, żeby zrobić wszystko jak najtaniej. Tak, więc miałem majstra… strasznie sumiennego. Miał skończyć tutaj kłaść płyty regipsowe i wylać podłogę do połowy września, bo potem szkoła, obowiązki.
Skończyło się na tym, że od końcówki września weekend w weekend zasuwałem razem, bądź bez niego, aby cokolwiek z tego było. Co z tego, że miał zapłacone, co z tego, że powinien to zrobić w terminie. Całość zajęła mu prawie trzy miesiące, więc przestrzegam przed zaniżaniem kosztów poprzez umowę na gębę, nawet z ludźmi zaufanymi. A co ważniejsze nigdy, ale to nigdy nie płacić, nawet zaliczki, przed wykonaniem roboty. W momencie kiedy, majster takowy dostaje pieniążki nagle musi, ale to koniecznie robić tysiąc innych rzeczy, tylko nie to, co miał.
Dzięki jego pracowitości na koniec listopada zacząłem dopiero malować i powoli jakoś to urządzać. Po kolejnym miesiącu roboty w końcu się wprowadziłem. Na szybko, bo siostrzyczce, u której mieszkałem już bardzo mocno przeszkadzało, że się jeszcze nie przeprowadzam, co z tego, że wszystko było jeszcze w rozsypce.
Na szczęście, dzięki dzielności mojego Aniołka jakoś przez dwanaście godzin daliśmy radę przenieść wszystko i nagle okazało się, że tego jest tyyyle! I tak sobie chce się zmieścić.
Teraz mija już drugi tydzień. Na razie jakoś idzie.
Zaczynam pamiętać, że człowiek powinien zjadać przynajmniej jeden ciepły posiłek - znaczy obiad. Koniecznie muszę pamiętać, że jak nie napalę w piecu, to mam trzynaście stopni i mniej. Nagle, beztroskie opierdzielanie przed kompem się skończyło i tak jak kiedyś nie miałem na nic czasu, teraz są już jego resztki. Osobiście nie wiem, jak wy, dorośli radzicie sobie ze studiami pracą i jakimiś normalnymi domowymi obowiązkami domowymi. Przecież to albo zrobienie obiadu, albo nauka, czy chwila relaksu. No, chyba, że żywicie się tylko na zupkach instant.
Na szczęście, tak jak kiedyś lubiłem gotować, to teraz spełniam się kulinarnie. ^^”
Pierwszy rosół w życiu, taki jak mi się marzył prawie dwa litry zniknęły na jeden obiadek. Ostatnio, naleśniki z sosem czekoladowym własnej roboty, które chyba, też smakowały, biorąc pod uwagę minę mojej kochanej - przymrużone oczyska i ciche mmmm! xD
A co najciekawsze nawet D4rky i drugi kumpel zajadał się ostatnimi wariacjami kulinarnymi. Zupa ziemniaczana, i deser czekoladowy - który podobno z wyglądu przypominał to, to z mikrofali, co furorę na joggerze robiło.
Cóż, na razie żyję. Całkiem nieźle. Może rano wrzucę zdjęcia, chociaż właściwie nie powala. Ważne, że jest “moje” własne.
i może na koniec do weryfikacji deserek?
Deser czekoladowy
Składniki
- 5 jaj
- 300g gorzkiej czekolady
- 130g cukru pudru
- 200g masła
- 1/3 szklanki mąki
- 1-2 łyżeczki przypraw korzennych
Przygotowanie
Cukier puder i całe jaja ubić na pianę. Do przesianej mąki dodać przyprawy korzenne i ręką połączyć z pianą z pudru i jaj. Rozpuścić masło z czekoladą, przestudzić i dodać. Delikatnie, ale dokładnie wymieszawszy wyłożyć do żaroodpornych foremek, bądź formy i piec około 10-20 minut w temperaturze 200 stopni Celsjusza. Podawać polane sosem i lodami, np. waniliowymi, koniecznie na ciepło. Ciasto charakterystycznie pęka i wybrzusza się podczas pieczenia, więc należy uważać, żeby nie przytrzymać za długo i nie przypalić. Oczywiście to jest wymagane inaczej, będzie surowe.
A co do sosu, jako, że jeszcze nie zwariowałem, żeby dać pięć złotych za 200ml dziwnego sosu, czy trochę taniej za polewę, poza tym lepsze własnej roboty, wynalazłem coś takiego:
Sos czekoladowy
Składniki:
- 200ml mleka
- 40g kakao
- 2 żółtka
- 50g cukru pudru
- 10g mąki ziemniaczanej
- 50g masła
- laska wanilii/2-3 łyżeczki cukru waniliowego
Przygotowanie
Mleko zagotować wraz z laską wanilii (uprzednio przeciętą wzdłuż)/cukrem waniliowym, aż do rozpuszczenia, bądź nadania aromatu i zestawić z ognia. W między czasie kakao wraz z mąka wsypać do jakiegoś naczynia z odrobina ilością wody i dokładnie wymieszać. Żółtka utrzeć razem z cukrem pudrem. Mleko znów wstawić na gaz, energicznie mieszając rózgą dodać kakao, a po chwili żółtka. Mieszać, aż zgęstnieje. Dodawać małe kawałeczki masła, aby się rozpuściły. Garnek wstawić do większego naczynia z zimna wodą, mieszać aż do wystygnięcia. Jeśli będzie zbyt gęsty można rozrzedzić wodą, mlekiem czy śmietaną 12-18% słodką.
Idealnie pasował do powyższego, gdyż go rozrzedzałem. Do tego dla dekoracji, np. łyżeczką do masła zrobić kuleczki z lodów.
Życzę smacznego! Następny w kolejności jest żur staropolski, flaczki wołowe i grochówka wojskowa… ale to niech jakaś kasa sie znajdzie, bo z pracą nadal krucho. Czy to normalne, żeby do głupiego monopolowego ludzie zgłaszali sie w setkach?
Add a comment