Wyrażam zgodę na…
Kiedy ponad rok temu położna podała mi do podpisania papiery, pomyślałam, że nie chce mi się tego czytać. Byłam w ósmym miesiącu ciąży, panował okropny upał, ledwie łaziłam na opuchniętych nogach, miałam kłopoty ze skleceniem poprawnego zdania, a czytanie płachty zadrukowanej maczkiem w zasadzie przekraczało moje możliwości poznawcze. Ale skrzywienie zawodowe, naukowy rygor, dzięki któremu czyta się wszystko co może się przydać i nie wierzy się w ani jedno słowo, zmusił mnie do spojrzenia na tekst. Drobniutki gęsty druk informował mnie, że jeśli podpiszę to zgadzam się na ratowanie mojego życia, na resuscytację, na podłączenie do aparatury podtrzymującej życie i na wszelkie inne niezbędne zabiegi, między innymi na usunięcie macicy jeśli zajdzie taka potrzeba.
Czy mogłam nie podpisać?
A mogłam nie urodzić?
Decyzja, którą podjęto nie była błędem w sztuce lekarskiej. Pewnie można było kobietę zamknąć i spróbować umówić na następny zabieg. Tylko, że myślę, że lekarze chcieli tego kobiecie oszczędzić (nie wierzę w gadanie o oszczędzaniu na operacjach i naciąganiu NFZ, bo nie o pieniądze tym lekarzom chodziło). Lekarze zniwelowali ryzyko następnej ciąży, która zniszczyłaby macicę i zagroziła życiu i zdrowiu matki i następnego dziecka. Oszczędzili kobiecie następnej operacji, następnej narkozy, następnej rekonwalescencji. Być może, paradoksalnie, uchronili ją przed znacznie poważniejszym zabiegiem usunięcia macicy - w końcu, kto wie co okazałoby się gdyby udało się ją namówić na kolejną operację?
Tylko kto by ją namawiał? Lekarz, który ma 10 minut na kontakt z pacjentem? Chirurg, dla którego pacjent to obszar ciała osłonięty chustami? Pielęgniarka? Położna? Nieistniejący szpitalny psycholog? Pracownik opieki społecznej, która i tak już była ubabrana w odebranie tej kobiecie poprzedniej czwórki dzieci?
Czy ktoś usiadł z tą kobietą bez wykształcenia, za to z historią depresji i psychozy, w ciąży, z trójką dzieci i domem na głowie, żeby przeczytać z nią zadrukowaną maczkiem płachtę i wytłumaczyć jej jakie będą konsekwencje podpisania (lub nie) przez nią dokumentów?
Na pewno nie. A nawet jeśli ktoś znalazł czas, to czy był odpowiednio przeszkolony do tej rozmowy? Miał więcej niż 10 minut? Zdawał sobie sprawę z kontekstu, z historii jej życia?
Mogę zadać jeszcze kilkanaście takich pytań, a i tak wniosek będzie ten sam. Nie ma w tym systemie miejsca na podmiotowość pacjenta. I nie dlatego, że lekarze są chamscy, pielęgniarki leniwe, a położne pokrzykują na rodzące i zwracają się do nich per “ty”. (Na marginesie, cieszę się, że położna, która towarzyszyła mi podczas porodu na mnie pokrzykiwała, bo dzięki temu w ogóle docierało do mnie co mówi i co mam robić; i że nie traciła czasu na mówienie do mnie “proszę pani”). W systemie jako takim brakuje szacunku dla pacjenta. System nie pozwala na podmiotowe traktowanie ani pacjenta ani lekarza. Nie daje czasu na rozmowę. Nie uczy jak rozmawiać. Nie pozwala na partnerstwo między lekarzem i pacjentem.
Mam w komputerze cały kurs umiejętności psychologicznych dla studentów medycyny. Prowadziłam te zajęcia w School of Medicine, Trinity College w Dublinie. Studenci bardzo sobie kurs chwalili i rozumieli dlaczego jest ważny, a uczelnia traktowała go z całkowitą powagą. Na polskich uczelniach medycznych nie uczy się jak zastosować psychologię w medycynie. Studenci są tak zawaleni nauką, że nie mają ani chęci ani możliwości dowiedzieć się czegoś więcej o swoim zawodzie. Dlatego dla chirurga pacjent jest obszarem obramowanym chustą, a dla internisty w przychodni statystyką z dziesięciominutowym interwałem.
Ktoś musi przyjąć za to odpowiedzialność. Kogoś musi zacząć obchodzić dlaczego wciąż mamy w Polsce paternalistyczny model medycyny. Myślę, że tym kimś powinien być minister zdrowia. Nie chodzi o to żeby Pani Minister potępiała lekarzy, który podjęli taką a nie inną decyzję. Chodzi o to, żeby zacząć pracować nad stworzeniem systemu opieki zdrowotnej, w którym nawet najsłabszy człowiek będzie rozumiał co się z nim dzieje i dlaczego. Dzięki przykładom ze świata, wiadomo jak to zrobić.
Jako pointę zacytuję słowa z dzisiejszego felietonu Michała Ogórka z Gazety Telewizyjnej pt. “Okazy zdrowia”:
“(…) W samym tylko Narodowym Funduszu Zdrowia w biurze zatrudnionych jest 5 tys. osób.”
Są w Polsce miejscowości, które mają mniej mieszkańców.
Add a comment