Z WIEJSKIEGO PODWÓRZA
Uwaga. Przed Wami kolejny zachwyt nad urokami Podlasia. Dedykuje go tym stęsknionym przestrzeni, zmęczonym duchotą biur oraz tym, którym się wydaje, że w Polsce nie ma już domów nie tkniętych eternitem. Przed Wami relacja z ostatniego weekendu w bajkowej krainie, która tym razem zwabiła nas folkowym festiwalem w Czeremsze - Z wiejskiego podwórza!


W małej wiosce przytulonej do polsko- białoruskiej granicy już po raz 15 odbywa się folkowe spotkanie z muzyką, sztuką i kulinariami Kresów. Tym razem na festiwal, który uczy tolerancji i otwiera głowy na ludową schędę tego regionu - organizatorzy, aryści skupieni wokół grupy Czeremszyna, postarali się o bezpłatny pociąg z Warszawy dla wszystkich gości festwialowych. Podróż była wesoła, bo wszytkim w duszy już grało, zwłaszcza, że opiekę nad podróżnikami roztoczył dobry duszek festiwalu - Karol.
Jeszcze lepiej było, kiedy dojechaliśmy do Czeremchy i po paru krokach od dworca, znaleźliśmy się na wiejskim podwórzu, czyli placu przed Gminnym Ośrodkiem Kultury! Scena zaroiła się od muzyków, a my daliśmy się rozbujać etnicznym rytmom, raz szalonej cygańskiej, żywiołowiej zabawie, a raz tęsknym, płaczącym wschodnim balladom. Tak minął piątek, a potem sobota i niedziela. Ze wszytkich zespołów najbardziej chwycił mnie za serce berliński The Transsylvanias - złożony z łysego, charyzmatycznego skrzypka, gitarzysty, perksusisty i magnetycznej kontrabasistki, siłaczki - podnoszącej swój instrument w żartobliwy sposób wysoko nad głowę, mimo widocznej ciąży. Zagrali wyjątkowy koncert łączący muzykę cygańską z punkiem. Potem równie mocno chwycił za serce i nogi - Flare Beas Band - autentyczne zespół cygański z pogranicza serbsko - węgierskiego. Zespół tworzony przez czterech czarnowłosych panów, grających na… łyżkach i metalowych bańkach na mleko:)
Zespół Transylwania w tłumie pod sceną:)
Znieczuleni serwowaną przez przyjezdnego Węgra śliwowicą kończyliśmy weczory, dzielnie pedałując przez ciemny las w kierunku naszego namiotu, który dzięki Ewie i Ani - gospodarnym dziewczynom z Warszawy, które przeniosły się na Podlasie by spokojniej i bliżej natury żyć, rozbiliśmy pod jabłonką.
Bosko było się budzić gdakaniem kur, który urzędowały tuż koło nas, za płotem Pani Wiery. Gospodyni to niezwykła. Mimo zaawansowanego wieku - 75 lat, sama prowadzi gospodarstwo złożone z ogromnych świń, indyków i kur.
- Dobrze, że tu blisko jesteście - powitała nas uśmiechem - jak się będę strachała w nocy to krzyknę, a Wy przybiegniecie! - wyznała, myśląc pewnie o dzikach, gdyż jak opowiadają dziewczyny, jej sąsiadki, podobno ich się boi najbardziej. Ma nawet przygotowane petardy, w razie ataku tych nieprzewidywalnych dzikusów na jej gospodarstwo.
- Pani Wiero - roześmiałam się - zakładam, że będzie na odwrót - bo z opowieści dziewczyn wiedziałam również, że Pani Wiera to miejscowy hiroł, przynajmniej w dziedzinie ubijania zwierząt. Kiedy Ewie i Ani mięknie rura przy pożegnaniu się ze starym kogutem, niosą go właśnie do niej. Pani Wiera z wyjątkową precyzją i szybkością uśmierca drób siekierą.
Bo gdakaniu Wierowego drobiu rozlegał się tupot kozich raciczek, które przebiegaly tuż obok naszego namiotu na przedpołudniowe chrupanie jabłek w sadzie. Dziewczyny bowiem są właścicielkami całej menażeri, w której skład wchodzą przeurocze kozy, ale też kurki zielononózki ( w tym młode koguciki, które uczą się piać - przezabawne!) gąska Gusia, parę kotów, oraz bardzo mądre pieski - Miłka i Kola.
Kozy w sadzie obok naszego namiotu
a potem kolejno w odwiedzinach:
Ciekawska gąska Gusia
a za nią Kola
i rozleniwiony kocur… którego przyłapaliśmy na drzemce w naszym Tadż Mahal
a to mój ulubiony koziołek ze stadka
Resztę czasu wypełniły nam rowerowe wycieczki po bezkresach łąk i lasów, spośród których niespodziewanie wyłaniają sie wioski, złożone z paru drewnianych, zazwyczaj starych domków.
Brudne nózki po całym dniu
W niedzielę w ramach festiwalu w konkursie na najlepszą podlaską potrawę stanęła równiez Pani Wiera w odświętnej chuście.
Pasztety, słoniny, ciasta drożdżowe, pampuszki, kisiel owsiany, sery, wędliny, domowy chleb - oceniały wytrawne podniebienia Komisji.
Konkursowiczki oczekiwały na werdykt podekscytowane
Laury zdobyły nasze faworytki - Pani Wiera za słoninkę, a Ewa za kozie sery!
Mniam!
Add a comment