Zabić drozda
- Czy ktoś mi wreszcie powie, kto go zabił?! - Komisarz chodził szybkim krokiem dookoła biurka i sprawiał wrażenie poirytowanego. Koślawy dziękował w duchu Opatrzności, że trafiło mu się usiąść na krześle obrotowym, bo mógł podążać wzrokiem za komisarzem bez wykręcania szyi. Zgrzytliwy dźwięk towarzyszący każdemu obrotowi był, mimo wszystko mniej dokuczliwy niż wypadnięcie kręgu szyjnego, którego niewątpliwie by się nabawił gdyby siedział na meblu nieruchomym. Konus urządził się lepiej, bo wraz z Klepką stał pod ścianą i widział krążącego komisarza w sposób ciągły, gdyż orbita przełożonego mieściła się pomiędzy nim, a przeciwną ścianą. Do tego miał bonus w postaci podmacywania Klepki, która przerażona irytacją Komisarza, nie nazbyt uważnie się pilnowała. Koślawy zaciskał zęby, ale pluł sobie w brodę i obiecał Konusowi, też w duchu, że mu mordę sklepie za macanie Klepki, bo on też miał na nią chrapkę, ale źle się usadowił. - Pytam ostatni raz! - Ryknął Komisarz i wszyscy się zatrzęśli, najbardziej Koślawy, bo krzesło się zachwiało - Kto zabił drozda!? Zapadła martwa, przejmująca głuchotą, cisza. Konus aż w uszach pogrzebał, bo tak cicho się zrobiło. Klepka, z uniesioną nieco spódniczką (sprawka Konusa) pobielała na twarzy i przygryzła wargi do krwi. Koślawy, chociaż równie wstrząśnięty, zrobił zupełnie co innego. Łapał równowagę, bo krzesło się chwiało i poddane oddziaływaniu grawitacji podążało nieuchronnie Koślawym ku podłodze. Dotarło tam w tej samej chwili, gdy nielitościwie przejmującą ciszę rozdarł, jak wstydliwe pierdnięcie przy obiedzie, głośny miauk… Teraz komisarz zamarł w sposób absolutny i postumentalny. Czyli stanął, jak wryty. Kot, unikając sprytnym wymykiem, opadających pleców Koślawego, zwinnie wskoczył na biurko i lekceważąco strącił sztywne zwłoki drozda na podłogę. - Taka moja natura. - Powiedział.
I opuścił, prychając, towarzystwo.
Add a comment