Ze śliny na języku
Kiedy człowiek nie ma nic do powiedzenia, plecie, co mu ślina na język przyniesie. Tak mówią, a ja się pytam – skąd? Skąd mu ślina przyniesie to, co plecie, kiedy nie ma nic do powiedzenia? Pozostawmy to retoryce i idźmy dalej, gdzie pieprz rośnie, czyli pieprzmy, jak najęci (przez kogo i do czego? Do pieprzenia?). O czymże jednak? O czym może opowiadać, a nawet pieprzyć ktoś, kto nie ma nic do po- i opo-wiedzenia? W liczbie pojedynczej – o niczym, w liczbie mnogiej – o tym samym, tyle że więcej i dłużej, a nawet do znudzenia. Nudźmy zatem ( bo nas jest właśnie liczba mnoga w jednej osobie, co w kraju katolickim dziwić nikogo nie powinno, a nawet wręcz nie może) i – co prawda – słyszę głosy ( w głowie też), że wcale nie mam depresji, a tylko schizofrenię, stąd tak, lecz się nie bardzo przejmuję tymi głosami, albowiem mam o wiele więcej innych przejęć na głowie i obu półkulach (skoro nas jest liczba mnoga, to wyszczególniam po sprawiedliwości) i dylemat, na co umrę mniej jest ważny. Byle szybko. Znużyliśmy? To ziuziu hyzia na łózio i lulu! Jak Toja. I tu zaskoczenie, bo oto zupełnie nieoczekiwanie, nie mając nic do opowiadania, opowiemy wam o dziecku. Spokojnie, nie o Rózi Wioletowej, Nie o dziewięciolatce za 130 tysięcy, ani o pobitym skutecznie Wojtusiu. O zupełnie innym dziecku Wam opowiemy. Oczywiście, pod warunkiem, że nam się to opowiadanie nie znudzi, że nam nie wyłączą sieci, że … Sami wiecie, jak to jest: świat, to jedna wielka metafora, tylko nie wiadomo, skąd ta przenośnia i gdzie pierwowzór analogii. Dziecko do nas przybyło lada dzień temu, w postaci małej dziewczynki, która jeszcze nie mówi słowami, ale potrafi zagadać na … no nie wiem, na co, bo żyję, mimo narastającej do życia niechęci. Dziecko ma w skrócie na imię Toja i niech to wystarczy, bo chociaż posiada nikłe jeszcze prawa obywatelskie, mimo że, jako zarodek miała większe, to szanujemy intymność tajemnicy jej danych osobowych i nie będziemy rozgłaszać ich żeby nie było na szwank jej lub tym, których moglibyśmy pozwać, w razie, czego nie wiemy. Dziecko po przybyciu, zrazu nas nie polubiło. Czemu nie okazaliśmy zdziwienia, zaskoczenia, ani innej podobnej odrazy, tylko cierpliwość, bo z dziećmi już tak jest, że właściwie niczego im więcej nie potrzeba od nas i innych, tylko cierpliwości, co po czasie (ale nie niewczasie) okazuje się tożsame z miłością i o to chodzi. Wyszło, jak zwykle na nasze i dziecko nas pozbadło, co jest równie nieodwracalną koniecznością dla dzieci, żeby kogoś pozbadać, czy jak tam nazwać (niektóre dzieci tak nazywają), jak cierpliwość i bieganie do utraty tchu, co oznacza, że dzieciom prędzej uda się kogoś pozbaść, niż dech utracić lub tchuść, jak mawiało inne, znane mi dziecko, które już mówiło słowami, ale jeszcze biegało, jakby nie rozumiało słów, bowiem na wołanie: „nie biegnij”, biegło jeszcze szybciej, aż nogi bolały goniącego. To dziecko, które do nas przybyło też biega bardzo szybko (jak na nasze standardy), ale jakimś jedenastym zmysłem (bo dzieci mają więcej zmysłów, niż nam się wydaje) wyczuwa, że biegać może do utarty tchu, ale nie za szybko, żebyśmy mimo niezdarności zdążyli, gdyby co. Nie wie dziecko, o tym „gdyby co” nic, ale swoim zmysłem niejednym z wielu, czuje, że co by to nie było, to byśmy umarli i nawet trąby archanielskie nas by nie zbudziły, bowiem umarlibyśmy nieodwołalnie, o czym marzymy. Dlatego dziecko staje nagle i woła „bum!” a my się boimy ze strachu tak bardzo, że zamieramy w bezruchu.
Aż do roześmiania dziecka.
Add a comment